Tongariro. Czyli jak sobie dokopać plecakiem.

Facebookpinterestinstagramfot. Dominika Danielczyk

Wstałam wcześnie. Spakowałam swój dobytek i ruszyłam. Cel: przejść Tongariro Northen Circut (Great Walk), czyli okrążyć, wejść na, przejść obok… wulkanów. Nie w 4 dni jak sugerują, ale w 2 dni. Bo przecież nie ma się co obijać, czas ucieka.

Tongariro Northen Circut to Great Walk. Jeden z 9 Wielkich Szlaków w Nowej Zelandii. Każdy z owych szlaków oferuje coś innego, niezwykłego: góry, wulkany, plaże, jeziora, busz. Każdy Great Walk jest wielodniowy i obowiązuje na nich rezerwacja miejsc noclegowych, czy to w chatce, czy to na kempingu. Brak rezerwacji skutkuje podwojeniem ceny za nocleg. Chatka zamiast kosztować 32$ nagle kosztuje 64$ NZ (ceny noclegów na Great Walk są rózne, w zależności od szlaku i sezonu).

… taaa, ale o tym dowiedziałam się później 🙂

Bukować noclegi na Great Walk można samemu na stronie DOC Office (Department of Conservation), lub w jednym z wielu placówek DOC. Rezerwacja jest trudniejsza dla grup i w czasie nowozelandzkich świąt, tudzież wakacji.

Ale pojedyncza Polka się zawsze wciśnie 😛

fot. Dominika Danielczyk

Po drodze na szlaku Tongariro zobaczyłam Taranaki Falls. 20 metrowy wodospad, za którym można przejść. Prysznic pewny, ale jaki przyjemny w upalny dzień.

fot. Dominika Danielczyk

Potem były jeszcze Lower i Upper Tama. Jeziora wypełniające kratery po wielkich eksplozjach. Trzeba odbić ze szlaku i dołożyć trochę drogi, ale dla tego błękitu wody warto.

Całą drogę krajobraz był księżycowy. Wszędzie leżał pumeks. Roślinność była szczątkowa. Jak tam było pięknie. Tak bardzo inaczej. Surowo i cudownie.

fot. Dominika Danielczyk

I tyle byłoby z ochów i achów 😛 Z każdą minutą, godziną plecak stawał sie coraz cięższy. Nazwać plecak krzyżem to właściwa metafora. Z każdą chwilą zapał bladł. A jak pomyślałam, że na kolację, po tym wszystkim będzie nie co innego jak muesli, to w żołądku się przewracało.

Co mnie natchnęło, żeby ze sobą brać wszystko? WSZYSTKO! (wszystko, a z jedzeniem nie zaszlałam 😛 ). Mogłam przecież zostawić część rzeczy we wiosce. Nooo, ale rano jeszcze grałam herosa, co to byle plecaka się nie boi. Twarda byłam, świeża byłam… głupia byłam.

Porada: lepiej zostawić niepotrzebny sprzęt na kempingu, u backpackersów, u ledwo co poznanych ludzi, rzucić w kszaki… gdziekolwiek 😛 Wielodniowe przechowalnie kosztują 15$ NZ. Warto!

Mądra Polka po szkodzie 😛

fot. Dominika Danielczyk

Do 18-kilogramowego plecaka doszedł wkrótce jeszcze ulewny deszcz i porwisty wiatr. Taaa wakacje… taaa Nowa Zelandia… Może i sobie trochę przyklnęłam. I wcale nie musiałam cicho, bo dookoła i tak nikogo nie było.

Szłam około 6-7 godzin. Między podziwianiem widoków i pstrykaniem zdjęć robiłam wyliczankę z rzeczy, które zostawię, wyrzucę, porzucę, spalę, poszatkuję, wyrzuję i wypluję, unicestwię. Każde moje malutkie coś, które się wydawało niezbędne jeszcze pare godzin wcześniej teraz było balastem.

fot. Dominika Danielczyk

Lało jak z cebra, a skoro juz przechodziłam koło schroniska Waihohonu Hut, to postanowiłam zrobić małą przerwę. Klapłam przy stoliku, chwilę później zaczęli przysiadać się następni mokrzy szczęśliwcy. Była i Polka, i Niemka, i Macedonka, i Kanadyjczyk, i Japończyk, i Serb (Polka robi zdjęcie 🙂 ). Robiło się coraz cieplej, coraz weselej… i coraz póżniej. A za oknem coraz bardziej lało. Nie musieli mnie długo przekonywać. Po pierwszym “zostań” zostałam. Bo ze mną jak z dzieckiem 🙂

fot. Dominika Danielczyk

Było wesoło, więc i czas leciał jak szalony. Nim się spostrzegliśmy na zewnątrz było ciemno. A trzeba było podjąć decyzję: zostać w ciepłej, suchej, przestronnej, wesołej, ale drogiej chatce (dla mnie bagatela 64$), czy rozbić namioty w ulewie na zewnątrz. Zacisnęliśmy pośladki i koło północy zaczęliśmy latać po buszu z czołówkami, próbując ustawić namioty.

fot. Dominika Danielczyk

Podobno tej nocy grzmiało, lało, a wiatr chulał. Może… nie wiem, bo spałam jak dziecko, w tym moim jednoosobowym hotelu, do którego, żeby wejść, trzeba się wczołgać do tyłu „na dźdźownicę” (nie wiem tylko czy dźdźownice mają wsteczny?).

Rano, gdy otwarłam namiot od razu dostałam słońcem po oczach. Wszystko było jeszce skąpane w deszczu, ale tak pięknie pachniało i się iskrzyło.

Bo po deszczu zawsze przychodzi słońce.

fot. Dominika Danielczyk
fot. Dominika Danielczyk

 

Facebookpinterestinstagram