Rotorua i turystyka kolonialna: od gejzerów do etnografii

0
20
Rate this post

Spis Treści:

Gejzery, błoto i imperium: jak zrodziła się kolonialna turystyka w Rotorua

Naturalny spektakl w oczach Europejczyków

Rotorua od końca XIX wieku stała się jednym z najważniejszych „laboratoriów” kolonialnej turystyki na południowej półkuli. Gejzery, gorące źródła, parujące pola geotermalne i wulkany szybko uznano za zasób gospodarczy, narzędzie propagandy imperium i tło dla tworzenia egzotycznych narracji o Maorysach. Zjawiska geotermalne istniały tu od tysiącleci, a lokalne iwi (plemiona) miały rozbudowaną tradycję ich wykorzystywania w lecznictwie, kuchni i rytuałach. Dla przybyszy z Europy były to jednak przede wszystkim „cudy natury” i potencjalna atrakcja turystyczna na skalę światową.

Od pierwszych relacji podróżników i urzędników kolonialnych Rotorua budowano jako spektakl: miejsce, gdzie natura wybucha na oczach gości, a rdzennych mieszkańców przedstawia się jako część krajobrazu. Gejzery opisywano poetycko, jednocześnie kalkulując, jak przekuć je w zysk. W ten sposób rodzi się specyficzna forma turystyki kolonialnej: podróż nie tylko po krajobrazach, lecz także po hierarchiach władzy, rasowych stereotypach i ekonomii imperium brytyjskiego.

Od „dzikich cudów” do „kurortu imperium”

W XIX wieku europejska wyobraźnia była rozgrzana opowieściami o „wielkich uzdrowiskach” – od Baden-Baden po Bath. Gdy brytyjscy administratorzy w Nowej Zelandii zobaczyli gejzery Rotorua, próbowali dopasować je do znanego schematu: z dzikiej przestrzeni stworzyć uporządkowany, medyczno-wypoczynkowy kurort imperium. Ten ruch był głęboko kolonialny: zakładał, że lokalna, maoryska wiedza i praktyka są „prymitywną intuicją”, którą trzeba zastąpić „nauką” i infrastrukturalnym porządkiem.

Turystyka kolonialna w Rotorua nie sprowadzała się więc do sprzedaży biletów na gejzery. W praktyce była projektem przekształcania ziemi, wiedzy, relacji społecznych i pamięci. Budowa hoteli, łaźni, promenad, a nawet wytyczanie ścieżek widokowych odzwierciedlały polityczne ambicje: udowodnić, że imperium potrafi nie tylko kontrolować, lecz także „ucywilizować” naturę i narody podbite. Rotorua stała się poligonem doświadczalnym, w którym testowano połączenie inżynierii, medycyny, turystyki i etnografii.

Gdzie zaczyna się kolonialna turystyka

Kluczowe jest rozróżnienie między ruchem podróżnych a turystyką kolonialną. Pierwsi odwiedzający Rotorua, często misjonarze, żołnierze lub podróżnicy-naukowcy, mieli różne cele: nawracanie, mapowanie, badania. Turystyka kolonialna zaczyna się tam, gdzie pojawia się zorganizowana oferta: przewodniki, pakiety, infrastruktura, reklamy w europejskich gazetach i system regulacji prawnych podporządkowany obsłudze gości. Rotorua była jednym z pierwszych miejsc w regionie Pacyfiku, gdzie cały krajobraz przebudowano tak, by odpowiadał oczekiwaniom europejskiego turysty.

Podróż do Rotorua stawała się rytuałem: najpierw rejs statkiem do Auckland, potem coraz łatwiejsza, lepiej zorganizowana droga w głąb Wyspy Północnej. Na końcu – „spełnienie obietnicy” w postaci widoku gejzera, kąpieli w basenach termalnych i spotkania z „autentyczną kulturą Maorysów”. Ten scenariusz nie był spontaniczny. Został zaprojektowany politycznie i ekonomicznie, z pełną świadomością, że każdy etap podróży ma kształtować wizerunek kolonii i jej mieszkańców.

Kamienne domy i wąskie uliczki w górskiej wiosce na Korsyce
Źródło: Pexels | Autor: SlimMars 13

Od Pios Południowych do Rotorua: początki kolonialnego zainteresowania gejzerami

Misjonarze, podróżnicy i pierwsze opisy Rotorua

Pierwsi Europejczycy trafiający w okolice Rotorua często byli misjonarzami lub emisariuszami władz kolonialnych. Ich raporty, dzienniki i listy szybko trafiły do Londynu, Sydney czy Melbourne, gdzie rozbudzały wyobraźnię czytelników. Opisy parujących jezior, wrzącego błota i gejzerów funkcjonowały na styku nauki, religii i sensacji. Pokazywano je jako potwierdzenie „potęgi Stwórcy”, ale też jako dowód na bogactwo i niezwykłość nowych terytoriów imperium.

W wielu z tych tekstów Maorysi pojawiali się zaledwie jako tło: przewodnicy, nosiciele bagaży, egzotyczne postaci w „tradycyjnych strojach”. Ich własne opowieści o mocy miejsc (mauri), tapu (sacrum) czy genealogiach związanych z jeziorami rzadko przenikały do europejskich tekstów bez zniekształceń. Powstawała asymetria: kolonialni autorzy rościli sobie prawo do definicji tego, czym jest Rotorua i jak należy je „rozumieć”.

Tarawera, Różowe i Białe Tarasy oraz narodziny sensacji

Przed erą masowej turystyki Rotorua wiązano przede wszystkim z Różowymi i Białymi Tarasami nad jeziorem Rotomahana, często nazywanymi „ósmym cudem świata”. Te krzemionkowe formacje skalne, ukształtowane przez gorące źródła, były nie tylko spektaklem wizualnym, ale też przestrzenią intensywnej interakcji między Maorysami a wczesnymi turystami. Lokalni przewodnicy, tacy jak słynna Sophia Hinerangi, prowadzili gości do tarasów, opowiadając historie łączące krajobraz z mitologią, genealogią i doświadczeniem kolonizacji.

Erupcja wulkanu Tarawera w 1886 roku zniszczyła Tarasy i zabiła wielu mieszkańców regionu. Tragedia natychmiast stała się też – w oczach kolonialnej opinii publicznej – nową atrakcją. Ruiny, zgliszcza, opowieści ocalałych sprzedawano jako „wstrząsające świadectwo potęgi natury”. Ten epizod pokazuje jedno z kluczowych napięć kolonialnej turystyki: ludzką katastrofę szybko przerabiano na produkt, a cierpienie społeczności lokalnych stawało się elementem atrakcji.

Kolej, drogi i narodziny „łatwego” dostępu

Rozwój infrastruktury transportowej w końcu XIX i na początku XX wieku był warunkiem przekształcenia Rotorua w masową destynację turystyczną. Kolej z Auckland skróciła czas podróży i uczyniła ją przewidywalną, co miało ogromne znaczenie dla kuracjuszy, emerytowanych wojskowych i urzędników kolonialnych. Drogi dostosowywano do ruchu konnego, a potem samochodowego; budowano mosty i miejsca postoju, planując je tak, by trasa sama w sobie stała się „produktem widokowym”.

W tym czasie powstają pierwsze przewodniki turystyczne opisujące Rotorua w języku typowym dla kolonialnego marketingu: jako miejsce bezpieczne, kontrolowane przez białą administrację, a jednocześnie wystarczająco „dzikie”, by dostarczyć emocji. Taki kompromis był kluczowy – brytyjscy turyści chcieli poczuć się odkrywcami, ale bez realnego ryzyka. Infrastruktura – drogi, kolej, promy – miała niewidocznie usuwać zagrożenia, nie niszcząc przy tym iluzji przygody.

Brytyjski kurort w krainie gejzerów: Rotorua jako projekt polityczny

„Sanatorium Imperium”: łaźnie, hotele i park geotermalny

NZ Government Tourist Department, jedna z pierwszych państwowych instytucji turystycznych na świecie, bardzo szybko dostrzegła potencjał Rotorua jako uzdrowiska. Budowa rządowych łaźni (Government Gardens, dawniej Sanatorium Grounds) i luksusowych hoteli miała podwójny cel: przyciągnąć turystów i prestiż, a zarazem zademonstrować, że młode państwo potrafi na równi konkurować z europejskimi uzdrowiskami. Architektura wiktoriańska, symetryczne ogrody, lecznicze wody podawane „zgodnie z naukowymi standardami” – wszystko to miało skontrastować „cywilizacyjny porządek” z „dziką” naturą wokół.

Baseny termalne projektowano jak europejskie spa, ale źródła geotermalne były już od dawna częścią maoryskiej codzienności. Gotowanie w gorącej wodzie, kąpiele lecznicze, rytualne oczyszczenia – to nie była nowość. Nowością była prywatyzacja i medykalizacja tych praktyk. Kolonialne władze tworzyły regulaminy dostępu, wyznaczały godziny i osobne strefy dla poszczególnych grup, narzucały hierarchię rasową i klasową nawet w przestrzeni wypoczynku.

Planowanie miasta pod turystykę kolonialną

Rotorua jako miasto była w dużym stopniu planowana w gabinetach kolonialnych urzędników. Ulice, place, parki, promenady projektowano z myślą o widokach, trasach wycieczkowych, łatwości transportu i wrażeniu „porządku”. Sam układ urbanistyczny miał pokazywać, że imperium potrafi ujarzmić chaotyczne siły geotermalne i ułożyć je w logiczny, stosowny dla klasy średniej krajobraz. Taki sposób myślenia widać w rozmieszczeniu najważniejszych budynków: łaźni, hoteli, posterunków policyjnych, kościołów, a także w wyraźnym oddzielaniu dzielnic „europejskich” od maoryskich osad.

Praktycznym skutkiem takiego planowania było stopniowe wypychanie Maorysów z najatrakcyjniejszych geotermalnie terenów. O ile w początkowej fazie turystyki wiele domów maoryskich znajdowało się blisko gorących źródeł, o tyle wraz z rozwojem projektów rządowych zaczęły pojawiać się naciski, by ustąpić miejsca „infrastrukturze publicznej”. Nierzadko proces ten odbywał się poprzez skomplikowane mechanizmy prawne, zadłużenie, czy naciski administracyjne, a nie otwarty przymus fizyczny, co utrudniało późniejsze roszczenia rewindykacyjne.

Warte uwagi:  Jak Stany Zjednoczone zastąpiły europejskie mocarstwa na Pacyfiku po wojnie?

Nowa Zelandia jako „zdrowa kolonia”

Po wojnach burskich i w okresie międzywojennym Nowa Zelandia była często przedstawiana w brytyjskiej prasie jako „zdrowa kolonia” – niemal idylliczne miejsce dla rekonwalescentów, emerytowanych wojskowych i urzędników. Rotorua odgrywała kluczową rolę w tym wizerunku. Prospekty turystyczne obiecywały, że wody geotermalne leczą reumatyzm, choroby skóry, nerwice, a świeże powietrze poprawia kondycję moralną i fizyczną. Taka narracja wpisywała się w kolonialne przekonanie, że peryferia imperium mają służyć regeneracji „centrum” – metropolii i jej elit.

Uzdrowiskowy charakter Rotorua miał też funkcję polityczną. W erze, gdy krytyka kolonializmu dopiero kiełkowała, Nowa Zelandia prezentowała się jako „laboratorium postępu społecznego” (m.in. w zakresie praw wyborczych kobiet). Uzdrowiska, parki narodowe i miasta-ogrody miały dowodzić, że kolonizacja może być „łagodna” i „humanitarna”. Doświadczenie Maorysów z wywłaszczeniem, marginalizacją i uprzedmiotowieniem w turystyce rzadko przebijało się do tej oficjalnej autoprezentacji.

Śródziemnomorska wioska na wzgórzu z kamiennymi domami we Francji
Źródło: Pexels | Autor: SlimMars 13

Maorysi w cieniu kurortu: turystyka kolonialna a rdzenna społeczność Rotorua

Wiedza lokalna i rola maoryskich przewodników

Rozwój turystyki kolonialnej w Rotorua nie byłby możliwy bez maoryskich przewodników i przewodniczek. To oni znali bezpieczne trasy, nieprzewidywalne zachowania gejzerów, miejsca uznawane za tapu, a także lokalne historie i genealogie łączące ludzi z krajobrazem. Wiele wczesnych wypraw turystycznych odbywało się w formule, w której głównym „produktem” była opowieść przewodnika: komentarz do tego, co widzą goście, osadzony w maoryskim systemie znaczeń.

Kolonialne zapisy bardzo często spłycały te role, redukując je do folklorystycznego tła. Nazwiska maoryskich przewodników w oficjalnych raportach często zastępowano określeniami typu „native guide” czy „Māori woman”, przez co indywidualne biografie zostały zanonimizowane. W rezultacie wielka część wiedzy, która umożliwiła turystyczne „odkrycie” Rotorua, została przypisana europejskim „badaczom” lub „organizatorom”, mimo że bazowała na maoryskiej praktyce i doświadczeniu.

Od gospodarzy ziemi do „atrakcji kulturowej”

Kluczowym elementem kolonialnej turystyki w Rotorua było przekształcenie Maorysów z gospodarzy, współtworzących krajobraz, w obiekty oglądu. Turyści przybywali nie tylko po to, by oglądać gejzery, lecz także – jak to ujmowano w folderach – „prawdziwych Maorysów w tradycyjnym otoczeniu”. Organizowano pokazy tańców haka, śpiewów i prezentacje rzeźbionych whare (domów spotkań), traktując je jako egzotyczny dodatek do doświadczenia natury.

Takie występy miały ambiwalentny charakter. Dla części maoryskich społeczności były szansą na dochód, utrzymanie praktyk artystycznych i języka w warunkach rosnącej presji anglojęzycznej. Jednocześnie wymuszały uproszczenia i standaryzację: repertuar dobierano pod oczekiwania turystów, skracano i „tłumaczono” złożone rytuały na zrozumiałe dla Europejczyka gesty. To, co głęboko zakorzenione w genealogii i wierzeniach, zaczynało funkcjonować jak „pokaz kulturowy” na godziny.

Prawne ramy wywłaszczenia i kontroli

Turystyka kolonialna w Rotorua nie istniała w próżni prawnej. Ustawodawstwo kolonialne, w tym ustawy dotyczące ziemi maoryskiej, umożliwiało transfer gruntów z rąk iwi i hapū do kontrolowanych przez państwo czy prywatnych inwestorów. Często odbywało się to drogą segmentacji własności: wspólne ziemie dzielono na działki, które można było sprzedawać pojedynczym osobom, co sprzyjało rozproszeniu własności i ułatwiało skupowanie terenu.

Codzienność pod nadzorem: regulacje, pozwolenia, ograniczenia

Wprowadzenie turystyki jako kluczowej gałęzi gospodarki Rotorua oznaczało nieustanne rozszerzanie administracyjnej kontroli nad codziennym życiem Maorysów. Dostęp do niektórych obszarów geotermalnych uzależniano od zezwoleń wydawanych przez urzędników, a tradycyjne praktyki – jak korzystanie z naturalnych basenów do kąpieli, prania czy gotowania – zaczęto klasyfikować jako „niehigieniczne” lub „nieodpowiednie w pobliżu kurortu”.

Pojawiały się regulaminy zakazujące kąpieli „nieupoważnionym osobom” w wybranych źródłach, wprowadzano opłaty za wstęp, a teren oznaczano tabliczkami w języku angielskim, często bez konsultacji z lokalnymi iwi. W praktyce stwarzało to sytuacje, w których rdzennym mieszkańcom groziły kary za korzystanie z miejsc, które przez pokolenia były częścią ich domowego krajobrazu. Napięcia narastały zwłaszcza wtedy, gdy turyści mogli swobodnie spacerować po obszarach, które Maorysi musieli opuszczać o określonych porach lub po wykupieniu biletów.

Kontrola nie ograniczała się do przestrzeni fizycznej. Występujących w pokazach artystów obowiązywały szczegółowe instrukcje dotyczące stroju, repertuaru, a czasem nawet mimiki. Maoryscy organizatorzy musieli negocjować z administracją godziny występów, ceny biletów, dostęp do sceny czy oświetlenia. W momentach największego nasilenia sezonu turystycznego presja była na tyle duża, że ingerowała w rytm życia marae – śluby, tangihanga (ceremonie pogrzebowe) oraz inne ważne wydarzenia przesuwano lub ukrywano przed turystycznym wzrokiem.

Zdjęcia, pocztówki i „własność” wizerunku

Kiedy Rotorua stała się kluczowym punktem na turystycznej mapie Nowej Zelandii, zaczęła też funkcjonować jako fabryka obrazów. Fotografowie – zarówno państwowi, jak i prywatni – produkowali setki pocztówek, albumów i ilustracji prasowych, w których Maorysi występowali jako „typy etnograficzne”. W kadrze utrwalano tak zwane „tradycyjne” fryzury, tatuaże moko, stroje i rekwizyty, często stylizując całe sceny zgodnie z wyobrażeniami europejskiego odbiorcy.

Postawę tę dobrze ilustruje praktyka „aranżowanych portretów”: proszono starsze osoby o założenie odświętnych płaszczy z piór, ustawiano je na tle rzeźbionych paneli, dodawano włócznie lub inne atrybuty wojownika, nawet jeśli na co dzień w ten sposób się nie ubierały. Obraz miał sprzedawać się w Londynie czy Melbourne jako widok „autentycznego Maorysa”, choć był wynikiem serii kompromisów i reżyserowanych wyborów.

Własność tych zdjęć i pocztówek należała do fotografów i wydawców. Maoryscy modele i modelki rzadko otrzymywali jakiekolwiek wynagrodzenie poza drobną jednorazową zapłatą, nie mieli też kontroli nad dalszym rozpowszechnianiem swojego wizerunku. Prowadziło to do paradoksalnych sytuacji: portrety konkretnych osób – rangatira, artystek, przewodników – krążyły po świecie jako anonimowe „typy rasowe”, podczas gdy ich potomkowie zmagali się z ograniczonym dostępem do ziemi i zasobów, które te obrazy pomagały promować.

Między oporem a współpracą: strategie maoryskiej sprawczości

Choć kolonialna turystyka narzucała hierarchiczny układ sił, Maorysi nie byli jedynie biernymi obiektami. W różnych hapū i whānau pojawiały się zróżnicowane strategie negocjowania własnego miejsca w tym porządku. Część liderów starała się wykorzystać napływ turystów jako szansę na dochód, naukę nowych umiejętności i wzmocnienie pozycji politycznej. Inni akcentowali konieczność ograniczania dostępu do najbardziej wrażliwych miejsc i praktyk.

W praktyce wyglądało to często jak gra na wielu polach jednocześnie. Ta sama osoba mogła jednego dnia występować w zorganizowanym pokazie haka dla gości z Anglii, a kolejnego – brać udział w spotkaniu rady plemiennej, podczas którego dyskutowano o sprzeciwie wobec kolejnej ustawy gruntowej czy rozszerzenia strefy parku na tereny należące do iwi. Zdarzało się, że fragmenty występów „oficjalnych” wplatano w prywatne praktyki, nadając im dodatkowe znaczenia znane tylko lokalnej społeczności.

Istotną formą sprawczości była też kontrola narracji. Część przewodników świadomie modyfikowała opowieści podawane turystom, wplatając w nie elementy krytyki kolonializmu, ostrzeżenia przed brakiem szacunku dla tapu czy anegdoty podważające wyobrażenia Europejczyków o własnej wyższości. Nie zawsze spotykało się to z akceptacją administracji, ale rozproszone ślady takich praktyk można odnaleźć w pamiętnikach podróżników, którzy notowali „niezwykle śmiałe komentarze miejscowych”.

Drewniane łodzie zacumowane nad spokojną rzeką w malowniczym otoczeniu
Źródło: Pexels | Autor: Yu Han Huang

Od „dzikiej natury” do „krajobrazu narodowego”: Rotorua w wyobraźni Nowej Zelandii

Fotografia, reklama i standaryzacja widoku

Wraz z rozwojem technologii druku i masowej prasy w pierwszych dekadach XX wieku, wizerunek Rotorua zaczął się krystalizować w kilku powtarzalnych ujęciach. Broszury rządowe i foldery linii żeglugowych prezentowały niemal identyczne motywy: gejzer Pohutu w momencie erupcji, sylwetki Maorysów na tle pary unoszącej się z ziemi, eleganckie sylwetki kuracjuszy przechadzających się po ogrodach rządowych łaźni.

Taki zestaw obrazów tworzył swoistą „ikonografię narodową”. Rotorua przestawała być tylko miejscem na mapie, a stawała się znakiem – skrótem, za pomocą którego opowiadano o Nowej Zelandii jako kraju młodym, żywiołowym, związanym z naturą i rzekomo harmonijnie łączącym dziedzictwo Maorysów z europejską nowoczesnością. W rzeczywistości fotografie te starannie omijały slumsy, przeludnione osady, skutki ubóstwa i chorób szerzących się wśród rdzennych mieszkańców po wprowadzeniu nowych systemów gospodarczych.

Standaryzacja widoku miała też praktyczny skutek: turyści przybywali z gotowym oczekiwaniem doświadczenia tego, co już widzieli na pocztówkach. Jeśli rzeczywiste krajobrazy, zwyczaje czy stroje nie pokrywały się z tym wyobrażeniem, uznawano je za „zachodzące zmiany” lub wręcz „utracone tradycje”, które należy odtworzyć na potrzeby rynku. W ten sposób obrazy kolonialne nie tylko reprezentowały Rotorua, lecz aktywnie wpływały na to, jak kształtowało się życie społeczne i estetyczne regionu.

Ludowość, folkloryzacja i „narodowa etnografia”

Turystyka kolonialna sprzyjała powstawaniu osobliwej formy „narodowej etnografii”, w której Maorysi stawali się symbolicznymi depozytariuszami „dawnych czasów”. Rotorua, ze swoim natężeniem pokazów kulturowych, stała się przestrzenią eksperymentów z tym, jak ma wyglądać „maoryska tradycja” pokazywana światu. W efekcie utrwalały się konkretne style tańca, śpiewu czy rzeźby, które odpowiadały gustom publiczności i kuratorów, nawet jeśli nie odzwierciedlały całej różnorodności lokalnych praktyk.

Proces ten można nazwać folkloryzacją. Złożone systemy wiedzy, rytuały powiązane z konkretnym miejscem, genealogią i historią konfliktów redukowano do repertuaru „numerów” możliwych do odegrania w trzydziestominutowym bloku wieczornym w hotelu. Jednocześnie to właśnie w Rotorua powstały jedne z najważniejszych szkół rzeźbiarstwa i tańca kapa haka, które – choć początkowo silnie zależne od rynku turystycznego – stały się z czasem ośrodkami odrodzenia kultury i języka.

Etnografia, rozwijająca się w tym okresie jako akademicka dyscyplina, czerpała obficie z materiałów zbieranych w regionie Rotorua. Antropolodzy, misjonarze i urzędnicy opisywali zwyczaje, mity i organizację społeczną, często robiąc to z pozycji zewnętrznych obserwatorów. Jednak znaczna część ich wiedzy pochodziła od lokalnych ekspertów – tohunga, rangatira, starszyzn – których rola rzadko była w pełni uznawana. Turystyczne pokazy stawały się niekiedy poligonem doświadczalnym, na którym testowano „scenariusze kultury”, później zapisywane w naukowych publikacjach jako „typowe dla Maorysów”.

Warte uwagi:  Brytyjskie i francuskie rywalizacje na Pacyfiku – komu przypadły wyspy?

Gejzer jako symbol państwa: od kolonii do dominionu

Po uzyskaniu statusu dominionu w 1907 roku, Nowa Zelandia zaczęła aktywniej budować własną symbolikę państwową, choć nadal silnie osadzoną w strukturze Imperium Brytyjskiego. Krajobrazy Rotorua – gejzery, fumarole, jeziora kraterowe – stały się wygodnym narzędziem tej symboliki. Pokazywano je w albumach jubileuszowych, filmach promocyjnych i materiałach edukacyjnych jako dowód „wyjątkowości” kraju na tle innych dominiów.

W ten sposób energie geotermalne zyskały wymiar polityczny. Miały dowodzić, że młode państwo posiada „naturalny potencjał”, który – odpowiednio zarządzany przez nowoczesne władze – zapewni dobrobyt obywatelom. W tej narracji Maorysi pełnili rolę „dziedziców dawnych tradycji”, którzy przekazują symboliczny klucz do ziemi nowoczesnemu, przeważnie białemu społeczeństwu. Realne konflikty o ziemię, wodę czy prawo do zarządzania zasobami spychano na margines, przedstawiając je jako lokalne lub przeszłe problemy.

Transformacje powojenne: od kolonialnego kurortu do „autentycznego Aotearoa”

Motoryzacja, masowa turystyka i nowe formy kontroli

Po II wojnie światowej gwałtownie rozwinęła się turystyka samochodowa. Rotorua znalazła się na klasycznej trasie „pętli Północnej Wyspy”, a rosnąca liczba motelów, campingów i parków caravanowych zmieniała charakter pobytu. Goście spędzali mniej czasu w rządowych łaźniach, częściej zaś przemieszczali się między punktami widokowymi, parkami geotermalnymi i wioskami prezentującymi „kulturę maoryską”.

Państwo reagowało, przekształcając niektóre obszary w formalnie zarządzane rezerwaty turystyczne. Ogradzano fragmenty terenów geotermalnych, wyznaczano ścieżki, budowano platformy widokowe i punkty sprzedaży biletów. Dla części Maorysów oznaczało to utratę swobodnego dostępu do miejsc, które dotąd były traktowane jako przestrzeń wspólna. Dla innych – szansę na współprowadzenie biznesów turystycznych, obsługę wycieczek autokarowych czy sprzedaż rękodzieła.

Motoryzacja pogłębiła też różnice w sposobie doświadczania Rotorua. Wcześniej podróż była dłuższa, a pobyt – bardziej skoncentrowany w jednym miejscu. Teraz turyści mogli „zaliczyć” kilka atrakcji dziennie, traktując je jak kolejne punkty programu. Gejzery, baseny błotne i pokazy tańca coraz częściej stawały się przystankami w szerszej opowieści o „Nowej Zelandii w trzy tygodnie”, co sprzyjało dalszemu upraszczaniu prezentowanych narracji kulturowych.

Profesjonalizacja widowisk i napięcia wokół „autentyczności”

W drugiej połowie XX wieku występy kapa haka i inscenizacje „tradycyjnego powitania” zaczęły przypominać profesjonalne spektakle. Wprowadzano oświetlenie sceniczne, nagłośnienie, choreografię dostosowaną do dużych grup widzów, a także komentarze w kilku językach. Organizatorzy akcentowali „autentyczność” pokazów, choć w praktyce były one wynikiem ciągłych negocjacji między tym, co dopuszczalne z perspektywy lokalnych norm, a tym, co atrakcyjne dla turystów i biur podróży.

Spory o autentyczność miały kilka wymiarów. Wewnątrz społeczności toczyły się dyskusje o tym, które elementy tańca, stroju czy śpiewu można adaptować do wymogów sceny, a które powinny pozostać zarezerwowane dla użytku wewnątrz marae. Zewnętrzni krytycy – zarówno maoryscy, jak i Pākehā – zarzucali niekiedy twórcom widowisk „sprzedaż kultury”. Z kolei uczestnicy projektów podkreślali, że dzięki dochodom z turystyki finansują naukę języka, renowację whare, programy edukacyjne dla młodzieży.

W tle tych sporów zmieniała się też publiczność. Pojawiali się turyści z Azji, Europy kontynentalnej, Ameryki Północnej, z odmiennymi oczekiwaniami wobec „egzotyki” i „oryginalności”. Rotorua stała się miejscem, w którym różne globalne spojrzenia na „rdzenność” zderzają się na bardzo ograniczonej przestrzeni scenicznej i geotermalnej. Dla maoryskich wykonawców oznaczało to konieczność nieustannego tłumaczenia siebie – dosłownie i w przenośni – w nowych, międzynarodowych kontekstach.

Ruchy odrodzenia i zwrot ku współzarządzaniu

Od lat 70. i 80. XX wieku ruchy odrodzenia maoryskiego (Māori Renaissance) zaczęły coraz wyraźniej wpływać na sposób myślenia o turystyce w Rotorua. Wzmocnienie roli Te Reo Māori, powstawanie kōhanga reo (przedszkoli językowych), rosnąca aktywność polityczna i prawna iwi sprawiły, że kwestie kontroli nad ziemią, wodą i wizerunkiem kulturowym stały się przedmiotem publicznych debat.

Traktaty, roszczenia i krajobraz jako przedmiot sporu

Centralne znaczenie Rotorua w polityce turystycznej państwa sprawiło, że obszar ten stał się także ważnym polem sporu w ramach procesów rozpatrywania roszczeń wynikających z Te Tiriti o Waitangi. Geotermalne źródła, jeziora i okoliczne lasy nie były wyłącznie „atrakcją”, lecz częścią złożonych systemów własnościowych, regulowanych przez whakapapa, umowy między hapū oraz dawne porozumienia z koroną. Kiedy państwo przekształcało kolejne fragmenty w parki narodowe, rezerwaty i strefy turystyczne, wiele decyzji podejmowano bez realnej zgody lokalnych iwi.

Powołanie Trybunału ds. Traktatu Waitangi (Waitangi Tribunal) otworzyło nowy etap. Roszczenia związane z regionem Rotorua obejmowały nie tylko samą ziemię, lecz także prawa do korzystania z wód geotermalnych oraz udział w zyskach generowanych przez turystykę i infrastrukturę uzdrowiskową. W raportach Trybunału krajobraz geotermalny opisywano jako „taonga” – skarb o wymiarze zarówno duchowym, jak i ekonomicznym – którego ochrona i użytkowanie powinny być uzgadniane między państwem a przedstawicielami iwi.

Negocjacje ugód wymagały od obu stron zmiany języka. Urzędnicy, przyzwyczajeni do kategorii „zasobów naturalnych”, musieli zacząć mówić o relacjach z miejscem, tapu i kaitiakitanga. Z kolei rangatira i przedstawiciele trustów ziemskich włączali do argumentacji pojęcia z obszaru ekonomii, planowania przestrzennego czy zarządzania ryzykiem. W wielu przypadkach efektem nie było proste „oddanie” ziemi, lecz tworzenie skomplikowanych modeli współzarządzania, w których prawo własności, prawa użytkowania i obowiązki ochronne dzieli się między różne podmioty.

Kaitiakitanga w praktyce: współzarządzanie geotermią i turystyką

Hasło kaitiakitanga – strażnictwa nad ziemią i wodą – znalazło w Rotorua wyjątkowo praktyczny wymiar. Współczesne porozumienia często zakładają, że iwi mają formalny głos w decyzjach dotyczących regulacji wydobycia energii geotermalnej, lokalizacji odwiertów, limitów zużycia wód termalnych przez hotele czy kształtu nowych parków turystycznych. Gejzery i gorące źródła przestały być wyłącznie „zasobem energetycznym” lub „produktem turystycznym”; postrzega się je jako istoty wymagające troski, z którymi utrzymuje się relację.

W praktyce współzarządzanie przybiera różne formy. Czasem są to wspólne rady (joint boards), w których zasiadają przedstawiciele władz lokalnych i delegaci wyznaczeni przez iwi. Innym razem – rady doradcze z prawem weta w sprawach uznanych za newralgiczne dla dziedzictwa kulturowego. Przed rozpoczęciem większych inwestycji, takich jak rozbudowa kompleksów basenów geotermalnych czy budowa nowych mostów i parkingów, przeprowadza się konsultacje, podczas których omawia się nie tylko wpływ na środowisko, ale też na miejsca tapu, ścieżki związane z legendami i historyczne pā.

Szczególnie wyrazista zmiana widoczna jest w języku oficjalnych dokumentów planistycznych. Strategie rozwoju turystyki w regionie Rotorua coraz częściej zawierają zapisy o konieczności „zachowania integralności kulturowej” miejsc, używają maoryskich nazw geograficznych oraz odwołują się do długoterminowej wizji opiekowania się krajobrazem. Ten proces nie jest wolny od napięć: przedsiębiorcy branży turystycznej obawiają się dodatkowych ograniczeń, a przedstawiciele iwi wskazują na ryzyko sprowadzania ich roli do funkcji dekoracyjnej, bez realnej decyzyjności.

Nowe narracje w muzeach, centrach kultury i na szlakach

Zmiana układu sił własnościowych i politycznych przełożyła się także na to, jak opowiada się historię Rotorua odwiedzającym. Dawne muzea, koncentrujące się na cudach geologii i „kolorycie etnograficznym”, zaczęły przechodzić metamorfozę. Wystawy coraz częściej tworzone są przy współudziale kuratorów i badaczy wyznaczonych przez iwi, a podpisy pod eksponatami uwzględniają zarówno europejskie, jak i maoryskie nazwy, daty oraz interpretacje wydarzeń.

Na szlakach spacerowych i w parkach geotermalnych pojawiły się dwujęzyczne tablice, opowiadające nie tylko o temperaturze wody, składzie mineralnym czy procesach wulkanicznych, ale też o legendach związanych z konkretnym źródłem, dawnej zabudowie wsi, bitwach i migracjach. Zwiedzanie zaczyna się od powitania w Te Reo Māori, a przewodnicy – zarówno maoryscy, jak i Pākehā – uczą się wplatania w swoje opowieści wątków dotyczących traktatu, roszczeń ziemskich i zmieniającej się polityki państwa wobec rdzennych mieszkańców.

Z perspektywy turystów nastąpiło przesunięcie akcentu. Zamiast jedynie oglądać widowisko kapa haka jako „kolorowy dodatek” do wizyty przy gejzerze, coraz częściej są zachęcani do udziału w dłuższych programach edukacyjnych – warsztatach rzemiosła, spacerach po dawnych trasach handlowych, wizytach na marae w ramach starannie przygotowanych protokołów manaakitanga. Tego typu inicjatywy wymagają czasu i zaufania; nie mieszczą się w logice szybkiego „zaliczania atrakcji”, ale budują inny sposób bycia w miejscu.

Turystyka kulturowa a suwerenność narracyjna

Rosnąca rola przedsiębiorstw prowadzonych przez iwi i hapū sprawiła, że turystyka kulturowa stała się jednym z narzędzi odzyskiwania kontroli nad opowieścią o Rotorua. Firmy te funkcjonują równocześnie w dwóch porządkach: muszą być konkurencyjne na rynku, ale jednocześnie pozostają odpowiedzialne przed społecznościami, których dziedzictwo prezentują. Zysk ekonomiczny jest ważny, lecz nie może naruszać tapu, naruszać relacji z przodkami ani prowadzić do utraty języka i zwyczajów.

W praktyce oznacza to serię codziennych wyborów. Czy pozwolić fotografować wszystkie elementy ceremonii, czy niektóre fragmenty zastrzec dla użytku wspólnoty? Czy zgodzić się na skrócone, „skondensowane” wersje powitań, aby zmieścić się w napiętym rozkładzie wycieczek autokarowych? Jak wyjaśnić touroperatorom, że pewne dni są zarezerwowane dla wydarzeń wewnątrz marae, choć z punktu widzenia sezonu turystycznego byłoby korzystniej pozostać otwartym?

Warte uwagi:  Rebelie na Nowej Kaledonii – jak Kanakowie walczyli o swoje prawa?

W tym sensie turystyka staje się przestrzenią negocjowania suwerenności narracyjnej – prawa do decydowania, co, komu i w jaki sposób można opowiedzieć. Rotorua, od dawna oglądana i opisywana przez innych, stopniowo odzyskuje możliwość opowiadania o sobie z wnętrza własnych tradycji, jednocześnie nie rezygnując z dialogu z globalną publicznością.

Gejzery w epoce zmian klimatycznych

W ostatnich dekadach dyskusja o Rotorua zyskała nowy wymiar związany ze zmianą klimatu i transformacją energetyczną. Geotermia, dotąd kojarzona głównie z turystyką i rekreacją, postrzegana jest także jako potencjalne źródło „zielonej energii”. Władze lokalne i krajowe analizują możliwości zwiększenia pozyskiwania ciepła z wnętrza ziemi, a jednocześnie rośnie świadomość, że nadmierna eksploatacja może osłabić aktywność gejzerów, wysuszyć niektóre źródła lub zaburzyć równowagę całego systemu hydrotermalnego.

Dla lokalnych iwi te debaty nie są abstrakcyjne. Zmiany w aktywności źródeł obserwuje się od pokoleń, a relacje o „zamilknięciu” konkretnych gejzerów w następstwie odwiertów czy budowy nowych instalacji funkcjonują zarówno w dokumentach technicznych, jak i w przekazach ustnych. Pytanie o to, ile energii można bezpiecznie „zabrać” z ziemi, splata się z pytaniem, w jaki sposób opiekować się miejscem tak, aby pozostało ono żywe – zarówno duchowo, jak i ekologicznie.

Turystyka wchodzi tu w złożone relacje z polityką klimatyczną. Z jednej strony, zwiększona liczba lotów międzynarodowych i ruch samochodowy wokół Rotorua przyczyniają się do emisji gazów cieplarnianych. Z drugiej – rosnące zainteresowanie geotermią jako alternatywą dla paliw kopalnych może wzmacniać argumenty za ochroną tych obszarów jako laboratoriów zrównoważonych praktyk. W planach rozwojowych coraz częściej pojawiają się pojęcia „turystyki niskowęglowej” i „slow travel”, a także pomysły łączenia wizyt w Rotorua z edukacją klimatyczną i działaniami na rzecz ochrony środowiska.

Między parkiem tematycznym a miejscem zamieszkania

Dla części mieszkańców Rotorua codzienność polega na życiu w przestrzeni, którą inni postrzegają głównie jako atrakcję. Dzieci idące do szkoły mijają autobusy wycieczkowe, a zakupy w centrum robi się wśród grup z aparatami fotograficznymi. Ta sytuacja generuje napięcia: z jednej strony turystyka zapewnia miejsca pracy i infrastrukturę, z drugiej – przekształca miasto w coś na kształt parku tematycznego, w którym nawet zwykłe ulice stają się tłem do zdjęć.

Dla maoryskich mieszkańców to podwójne obciążenie. Muszą negocjować nie tylko miejsce w miejskiej przestrzeni zdominowanej przez potrzeby przyjezdnych, ale także rolę „gospodarzy” w kontekście oczekiwań wobec „gościnności kulturowej”. Organizacja powitań, udział w wydarzeniach promocyjnych czy pełnienie funkcji „twarzy regionu” może dawać satysfakcję i poczucie dumy, ale bywa też formą nieodpłatnej pracy symbolicznej, której koszty odczuwalne są w życiu rodzinnym i społecznym.

Samorząd lokalny i organizacje reprezentujące iwi próbują reagować na te wyzwania poprzez projekty urbanistyczne, które mają zrównoważyć potrzeby mieszkańców i turystów. Powstają przestrzenie przeznaczone głównie dla społeczności lokalnych – parki sąsiedzkie, centra sportowe, miejsca spotkań – niekoniecznie wpisujące się w folderową wizję „magii gejzerów”. Równocześnie część ulic i placów jest świadomie projektowana jako scenografia dla wydarzeń publicznych, festiwali kapa haka czy świąt upamiętniających kluczowe momenty historii regionu.

Rotorua w globalnych sieciach turystyki postkolonialnej

Rotorua nie istnieje w próżni; jest włączona w szeroką sieć miejsc, w których dziedzictwo rdzennych społeczności stało się jednym z głównych zasobów turystycznych. Porównania z Hawajami, Tahiti czy parkami narodowymi Ameryki Północnej ujawniają podobne wzorce: krajobraz jako towar, kultura jako widowisko, państwo jako główny pośrednik w dostępie do ziemi. Jednocześnie Rotorua wyróżnia się tym, jak silnie ruchy odrodzenia maoryskiego i procesy związane z Te Tiriti o Waitangi wpłynęły na formalne struktury zarządzania.

Badacze turystyki postkolonialnej wskazują, że w takim kontekście gejzer staje się nie tylko atrakcją, lecz także narzędziem krytycznego myślenia. To przy nim można opowiedzieć historię przesiedleń, ekspropriacji, ale też strategii oporu i odrodzenia. Wizyta w Rotorua bywa dla części odwiedzających pierwszym kontaktem z narracją, która podważa mit „pustej ziemi” odkrytej przez europejskich osadników i przypomina o wielowiekowej obecności ludzi, ich sporach, sojuszach i prawach.

Ten potencjał edukacyjny nie zawsze jest w pełni wykorzystywany. Rynek preferuje proste opowieści, w których konflikt zostaje rozwiązany w kilku zdaniach, a kolonialna przeszłość sprowadzona do tła dla opowieści o „harmonijnej nowoczesności”. Mimo to w ofertach niektórych operatorów i instytucji pojawiają się programy wyraźnie nastawione na refleksję: spacery po miejscach historycznych powiązane z lekturą fragmentów raportów Trybunału, dyskusje o współczesnych roszczeniach wodnych, spotkania z przedstawicielami młodzieżowych inicjatyw aktywistycznych.

Przyszłe scenariusze: między ciągłością a zmianą

Rotorua pozostaje laboratorium, w którym ścierają się różne wizje przyszłości turystyki i relacji kolonialnych. Jedna z nich zakłada dalszą profesjonalizację i ekspansję – większe kompleksy hotelowe, rozbudowę infrastruktury, intensywniejsze wykorzystanie geotermii dla celów energetycznych, przy jednoczesnym utrzymaniu „opakowania” multikulturowej harmonii. Druga, coraz głośniej artykułowana przez część przedstawicieli iwi i ruchów ekologicznych, stawia na ograniczanie liczby odwiedzających, wydłużanie pobytów i stawianie gościom większych wymagań etycznych.

Niezależnie od przyjętego scenariusza jedno pozostaje stałe: gejzery, gorące źródła i termalne mgły nie są neutralnym tłem. Od końca XIX wieku po współczesność kształtują one nie tylko krajobraz fizyczny, lecz także wyobraźnię społeczną – to, jak myśli się o państwie, nowoczesności, rdzennych kulturach i ich miejscu w globalnym świecie. Turystyka kolonialna, która uczyniła z Rotorua jeden z najważniejszych symboli Aotearoa, pozostawiła po sobie rozbudowaną infrastrukturę, ale też sieć relacji władzy i zobowiązań, z którymi trzeba się mierzyć każdego dnia.

Dzisiejsze debaty o „autentyczności”, współzarządzaniu i odpowiedzialności ekologicznej pokazują, że ten proces nie jest zamknięty. Rotorua nadal się przeobraża – z kolonialnego kurortu i „laboratorium imperium” w miejsce, gdzie gejzer może równie dobrze ilustrować folderową obietnicę egzotyki, jak i stać się punktem wyjścia do rozmowy o sprawiedliwości historycznej, suwerenności kulturowej i wspólnej przyszłości w cieniu gorącej, wciąż aktywnej ziemi.

Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

Na czym polega kolonialna turystyka w Rotorua?

Kolonialna turystyka w Rotorua to sposób organizowania podróży i przestrzeni, w którym gejzery, gorące źródła i wulkany potraktowano jako „zasób imperium”. Nie chodziło tylko o oglądanie przyrody, lecz o stworzenie kontrolowanego spektaklu: natura miała zachwycać, ale być podporządkowana brytyjskiej administracji, a Maorysi pojawiali się głównie jako egzotyczne tło.

To odróżnia kolonialną turystykę od zwykłych podróży. Państwo i władze kolonialne aktywnie projektowały doświadczenie turysty – od reklam w prasie, przez infrastrukturę, po sposób opowiadania o miejscach i ludziach.

Dlaczego Rotorua stała się ważnym ośrodkiem turystyki w epoce kolonialnej?

Rotorua wyróżniała się niezwykłymi zjawiskami geotermalnymi: gejzerami, wrzącym błotem, gorącymi źródłami i wulkanami. Dla Europejczyków były to „cudy natury” idealne do promowania imperium jako terytorium bogactwa i egzotyki. Jednocześnie położenie na Wyspie Północnej i rozwój kolei z Auckland sprawiły, że region stał się stosunkowo łatwo dostępny.

Kolonialne władze uznały Rotorua za świetne miejsce do zbudowania „kurortu imperium” – połączenia uzdrowiska, atrakcji przyrodniczej i „okna wystawowego” dla europejskich elit odwiedzających Nową Zelandię.

Jaką rolę odgrywali Maorysi w rozwoju turystyki w Rotorua?

Maorysi od wieków wykorzystywali źródła geotermalne w lecznictwie, kuchni i rytuałach, mieli też bogatą tradycję opowieści związanych z miejscami (mauri, tapu, genealogie). W praktyce to oni byli pierwszymi przewodnikami i gospodarzami turystów – przykładem jest słynna przewodniczka Sophia Hinerangi przy Różowych i Białych Tarasach.

W kolonialnych relacjach ich rola była jednak zredukowana. Europejscy autorzy przedstawiali Maorysów jako „tło krajobrazu” czy egzotycznych przewodników, marginalizując ich wiedzę i interpretacje. Z czasem dostęp do ważnych miejsc i praktyk zaczął być regulowany przez państwo, co ograniczało kontrolę społeczności lokalnych nad własnym dziedzictwem.

Czym różni się zwykłe podróżowanie od turystyki kolonialnej?

Podróżowanie to indywidualne lub półformalne przemieszczanie się – np. misjonarzy, żołnierzy, badaczy – bez rozbudowanej infrastruktury i masowej oferty. Turystyka kolonialna zaczyna się wtedy, gdy państwo i biznes tworzą zorganizowany system odwiedzania danego miejsca: przewodniki, pakiety wycieczkowe, reklamy, hotele, łaźnie, regulaminy i sieć transportową podporządkowaną obsłudze turystów.

W Rotorua władze celowo przebudowały cały krajobraz i miasto tak, aby odpowiadały oczekiwaniom europejskiego turysty: zapewnić komfort i bezpieczeństwo, a jednocześnie podtrzymać wrażenie przygody i kontaktu z „dziką naturą”.

Jak powstanie kolei i dróg zmieniło Rotorua i turystykę w regionie?

Budowa kolei z Auckland pod koniec XIX wieku radykalnie skróciła czas podróży do Rotorua i uczyniła ją przewidywalną. To otworzyło region na masowych gości – kuracjuszy, emerytowanych żołnierzy, urzędników kolonialnych i turystów z Wielkiej Brytanii oraz Australii.

Drogi, mosty i punkty widokowe planowano tak, by sama trasa była „produktem”. Infrastruktura usuwała realne zagrożenia (trudny teren, brak transportu), jednocześnie podtrzymując iluzję wyprawy w „dziką krainę gejzerów”. W ten sposób dostępność stała się jednym z głównych narzędzi kolonialnej kontroli nad regionem.

Czym były Różowe i Białe Tarasy i dlaczego są ważne dla historii Rotorua?

Różowe i Białe Tarasy nad jeziorem Rotomahana były spektakularnymi formacjami krzemionkowymi tworzonymi przez gorące źródła. W XIX wieku uchodziły za „ósmy cud świata” i stanowiły główną atrakcję przed ukształtowaniem się masowej turystyki w Rotorua. To tam kształtował się wczesny model spotkania Maorysów i turystów – z lokalnymi przewodnikami opowiadającymi historie łączące krajobraz z mitologią i doświadczeniem kolonizacji.

Erupcja Tarawery w 1886 roku zniszczyła Tarasy i spowodowała śmierć wielu mieszkańców. Katastrofa natychmiast stała się jednak kolejną atrakcją: ruiny i opowieści ocalałych sprzedawano jako „sensację”. Pokazuje to, jak kolonialna turystyka potrafiła przekształcić ludzką tragedię w produkt dla odwiedzających.

Dlaczego Rotorua nazywano „sanatorium imperium” i co to oznaczało?

Określenie „sanatorium imperium” odnosi się do projektu uczynienia z Rotorua nowoczesnego uzdrowiska na wzór europejskich kurortów, takich jak Bath czy Baden-Baden. NZ Government Tourist Department inwestował w rządowe łaźnie, eleganckie ogrody (Government Gardens) i luksusowe hotele, by przyciągnąć turystów oraz pokazać, że młode państwo potrafi dorównać metropolii.

Jednocześnie praktyki od dawna obecne w kulturze Maorysów – lecznicze kąpiele, rytuały oczyszczenia – zostały zmedykalizowane i zbiurokratyzowane. Wprowadzono regulaminy, podziały klasowe i rasowe (kto ma dostęp, kiedy i na jakich zasadach), co odzwierciedlało szersze hierarchie władzy w imperium brytyjskim.

Najważniejsze punkty

  • Rotorua od końca XIX wieku stała się „laboratorium” kolonialnej turystyki, w którym gejzery i pola geotermalne przekształcono z lokalnego zasobu Maorysów w globalną atrakcję podporządkowaną interesom imperium brytyjskiego.
  • Kolonialna turystyka polegała nie tylko na oglądaniu „cudów natury”, lecz na politycznym przeobrażaniu ziemi, wiedzy i relacji społecznych – budowa kurortu, infrastruktury i uzdrowiska miała „ucywilizować” zarówno krajobraz, jak i rdzennych mieszkańców.
  • Maoryska wiedza o wykorzystaniu geotermii (w lecznictwie, kuchni, rytuałach) została zepchnięta na margines i uznana za „prymitywną”, podczas gdy europejskie naukowe i inżynieryjne podejście przedstawiano jako jedyne nowoczesne i prawomocne.
  • Turystyka kolonialna zaczyna się tam, gdzie pojawia się zorganizowana oferta (przewodniki, pakiety, reklamy, regulacje prawne) i gdzie cały krajobraz oraz przebieg podróży są projektowane pod oczekiwania europejskiego turysty.
  • W opisach misjonarzy i podróżników Rotorua przedstawiano jako dowód potęgi Boga i bogactwa imperium, zaś Maorysów redukowano do egzotycznego tła, odbierając im prawo do definiowania znaczenia własnych miejsc i historii.
  • Różowe i Białe Tarasy oraz późniejsza erupcja Tarawery pokazują, jak kolonialna turystyka potrafiła zamieniać zarówno niezwykłe krajobrazy, jak i ludzkie tragedie w sensacyjne produkty dla zewnętrznej publiczności.