Gdzie płakałam ze zmęczenia: kulisy trekkingu w Alpach Południowych

0
2
Rate this post

Spis Treści:

Dlaczego w ogóle tam pojechałam: skąd się biorą łzy ze zmęczenia

Mity o trekkingu w Alpach Południowych

Alpy Południowe w Nowej Zelandii często funkcjonują w głowie jak widokówka: turkusowe jeziora, perfekcyjne trójkąty szczytów, białe języki lodowców, drewniany pomost nad wodą i ktoś w kolorowej kurtce patrzący w dal. Na Instagramie ten krajobraz wygląda jak filtr „marzenie”. Prawie nikt nie pokazuje, co dzieje się po odstawieniu aparatu: odciski, mokre skarpety, brak siły, żeby wyjąć z plecaka aparat, bo ręce się trzęsą.

Trekking w Alpach Południowych to nie tylko „ładny spacer”. Wiele szlaków prowadzi przez strome przełęcze, błotniste doliny, ruchome rumowiska skalne, odcinki, gdzie ścieżkę zmywa deszcz lub przykrywa śnieg. Do tego dochodzi kapryśna pogoda: deszcz, wiatr, słońce i grad w ciągu jednego dnia nie są niczym niezwykłym. Ktoś, kto nastawia się wyłącznie na slow trekking z kubkiem kawy, szybko odkrywa, że ciało wystawiane jest na test z odporności.

Mit numer dwa: „tam jest wszystko świetnie zorganizowane, więc będzie łatwiej niż w dzikich górach”. Rzeczywiście, nowozelandzkie szlaki są dobrze oznakowane, a schrony (huts) prowadzone przez DOC (Department of Conservation) robią wrażenie na kimś, kto zna tylko przepełnione schroniska alpejskie w Europie. To nie znaczy jednak, że trasa „sama się przechodzi”. Infrastruktura pomaga, ale nie nosi za nikogo plecaka, nie zamawia lepszej pogody i nie podnosi z kamieni, gdy człowiek siada zrezygnowany nad kolejnym strumieniem.

Czym różni się ten wysiłek od „normalnych” gór

Dla kogoś przyzwyczajonego do Tatr, Beskidów czy Alp Europejskich, Alpy Południowe potrafią być zaskakujące. Najbardziej męczące są często nie same przewyższenia, ale ciągłe zmiany terenu i brak rytmu. Raz wchodzisz po korzeniach w lesie deszczowym, potem balansujesz na śliskich kamieniach w rzece, po chwili idziesz po błocie po kostki, by za godzinę gramolić się po luźnym rumoszu skalnym. Mięśnie nie wchodzą w tryb „autopilota”, bo ciało ciągle musi się adaptować.

Druga różnica to poczucie odcięcia. Nawet jeśli szlak jest popularny, w wielu miejscach nie ma zasięgu, a do najbliższej drogi jest kilkanaście kilometrów marszu. Świadomość, że „nie można po prostu zejść” działa jak dodatkowy ciężarek. Niby nic się nie dzieje, ale drobne kryzysy rosną w głowie szybciej, bo nie ma opcji „zawijam się do domu, najwyżej wrócę innym razem”.

Wreszcie aspekt pogodowy. Wysokie góry w Nowej Zelandii leżą blisko oceanu, co oznacza nagłe fronty, mgły i ulewne deszcze. Ten rodzaj wilgoci wchodzi w kości inaczej niż suchy mróz w Tatrach zimą. Przemoczona koszulka, wiatr wiejący od lodowca i brak możliwości szybkiego wysuszenia rzeczy po całym dniu marszu to przepis na bardzo prawdziwe „płakałam ze zmęczenia” jeszcze zanim dotrze się do schronu.

Po co o tym pisać wprost

Romantyzowanie gór jest wygodne: łatwiej sprzedać marzenie o „wędrówce życia” niż realny wysiłek. Z drugiej strony to właśnie uczciwy obraz trasy ratuje później ludziom zdrowie, a czasem życie. Łzy ze zmęczenia w wysokich górach nie są oznaką słabości, tylko sygnałem, że ciało i głowa doszły do swojej granicy. Zamiast to ukrywać, lepiej opowiedzieć o mechanizmach, które do tego prowadzą, oraz o praktycznych sposobach, jak się na taki trekking przygotować i jak się na nim zachować.

Tak wyglądały kulisy mojego trekkingu w Alpach Południowych: momenty zachwytu, które bez filtra mieszały się z chwilami, gdy siedziałam na plecaku i płakałam, bo nie miałam siły zrobić kolejnego kroku. I właśnie z tej mieszanki rodzi się najbardziej uczciwa historia o górach – ze wszystkim, co piękne, i wszystkim, co trudne.

Plan, który się sypie: jak naprawdę wygląda przygotowanie do trekkingu w Alpach Południowych

Wybór trasy: między folderem turystycznym a mapą topograficzną

Pierwsza pułapka kryje się już na etapie wyboru szlaku. W sieci królują nazwy typu Routeburn Track, Kepler Track, Milford Track – oficjalne „Great Walks” Nowej Zelandii. Do tego dochodzą mniej reklamowane, ale bardzo wymagające szlaki, jak Copland Track, Cascade Saddle, Mueller Hut Route. Wszystkie wyglądają spektakularnie na zdjęciach. Różnice zaczynają się dopiero wtedy, gdy zestawi się kolorowe zdjęcie z mapą topograficzną i profilem wysokości.

Dobrym punktem wyjścia jest prosta tabela, która pozwala porównać kilka kluczowych parametrów zamiast sugerować się wyłącznie opisem „moderate” czy „challenging” na stronie DOC.

Element planowaniaDlaczego jest krytycznyJak to sprawdzić
Dystans dziennyInaczej odczuwa się 10 km po równym, a inaczej 10 km po błocie i kamieniach.Mapa topograficzna, opisy etapów DOC, track notes.
PrzewyższeniaSumaryczne podejścia i zejścia mówią więcej niż „max wysokość”.Profil wysokości z aplikacji (np. maps.me, Gaia, topo mapy).
Typ terenuRzeka, błoto, skały, śnieg – każdy zjada siły w inny sposób.Relacje z blogów, raporty DOC, zdjęcia z trasy, komentarze wschodnich i zachodnich wejść.
Możliwość skrócenia/wycofuPrzy kryzysie trzeba wiedzieć, czy istnieje realistyczne „wyjście awaryjne”.Mapa, konsultacja w Visitor Centre, rozmowy z rangerami.

Typowa ścieżka błędu wygląda tak: „bez problemu zrobiłam 25 km w Beskidach, więc 15–18 km dziennie w Alpach Południowych to będzie luz”. Nie będzie. Ten sam kilometr może trwać tu 20 minut albo godzinę – zależnie od terenu i pogody. Zbyt ambitny plan dziennych odcinków to prosta droga do sceny, w której łzy lecą na karimatę w schronie, bo przed tobą jeszcze trzy podobne dni, a ty już jedziesz na rezerwie.

Logistyka, która wciąga więcej energii, niż się wydaje

Przy dłuższych trekkingach w Nowej Zelandii najbardziej męczy nie sama trasa, lecz logistyka wokół niej. Dojazd do trailheadu, rezerwacja schronów, organizacja transportu powrotnego, plan B na złą pogodę, ograniczenia bagażowe przy przelotach wewnętrznych – to wszystko po kolei pożera twoją energię jeszcze przed pierwszym krokiem na szlaku.

Kilka przykładów z praktyki:

  • Szlak jest liniowy (start i meta w innych miejscach), więc trzeba wcześniej zorganizować shuttle bus, stopa lub depozyt bagażu w miasteczku.
  • DOC huts na Great Walks mają limit miejsc i wymagają rezerwacji z dużym wyprzedzeniem, co zmniejsza elastyczność planu. Nie „przeskoczysz” o schron dalej, jeśli okaże się, że idzie ci lepiej niż zakładałaś.
  • Prognoza pogody potrafi wywrócić wszystko w ostatniej chwili: docierasz do Visitor Centre, a tam informacja, że przełęcz jest zamknięta przez wiatr lub opady śniegu – trzeba zmieniać plany w biegu.

To właśnie ten chaos logistyczny sprawia, że na szlak wychodzi się już nieco zmęczonym. Głowa jest przeciążona decyzjami, a ciało często po kilku dniach jazdy, przelotów, zmian czasu. W takim stanie maraton po kamieniach nie zaczyna się z czystym licznikiem.

Test kondycji przed wyjazdem: uczciwie, a nie „jakoś to będzie”

Najrozsądniej jest sprawdzić swój organizm pół roku – trzy miesiące przed planowanym trekkingiem. Nie chodzi o elitarne treningi, ale o proste testy:

  • Czy jesteś w stanie przejść 15–20 km z plecakiem 10–12 kg po zróżnicowanym terenie (las, kamienie, podejścia)?
  • Czy po dniu takiego marszu następnego dnia jesteś w stanie powtórzyć wysiłek, a nie tylko leżeć z bólem pleców?
  • Czy znasz swoje „czerwone lampki”, po których przychodzi nagłe załamanie formy (ból głowy, utrata apetytu, rozdrażnienie)?
Warte uwagi:  Jak wyspa Espiritu Santo nauczyła mnie wdzięczności

Dobrym nawykiem jest symulacja jednego „trudnego dnia” w warunkach domowych: wyjście na dłuższy marsz w kiepskiej pogodzie, świadome przemoknięcie, próba przejścia kilku kilometrów z mokrymi butami. Brzmi okrutnie, ale lepiej pierwszy raz zapłakać ze zmęczenia godzinę od domu, niż daleko od cywilizacji z perspektywą jeszcze dwóch dni marszu.

Co naprawdę zabrałam: plecak, który ważył też psychicznie

Plecak – różnica między 10 a 15 kilogramami

Plecak jest jak powolny, cichy zabójca ambicji. Na początku wydaje się „do przeżycia”, po kilku godzinach staje się wyrokiem, który wydaje każde podejście. W Alpach Południowych, gdzie teren jest wymagający, każdy dodatkowy kilogram czujesz przy każdym kroku. Łzy ze zmęczenia rzadko pojawiają się przy kilometrze pierwszym; zwykle przychodzą przy kilometrze piętnastym, gdy barki są obtarte, pas biodrowy uciska obite kości, a paski ramiączek kreślą na skórze czerwone bruzdy.

Najrozsądniejsza zasada na takie trasy to:

  • kobieta o wadze 55–70 kg – plecak nie cięższy niż 10–12 kg przy schronach z łóżkami i kuchenką, maksymalnie 14 kg przy pełnym self-sufficiency,
  • mężczyzna o wadze 70–85 kg – plecak w okolicach 12–15 kg na schrony, do 17–18 kg przy pełnym biwaku.

To oczywiście ogólne widełki, ale pokazują skalę. Jeśli plecak waży 20 kg „bo lepiej mieć wszystko”, ciało wystawi rachunek jeszcze przed najładniejszym punktem widokowym.

Sprzęt, który uratował mi głowę (i kolana)

Z całej listy rzeczy zabranych na trekking w Alpach Południowych tylko część realnie „robiła różnicę” w najtrudniejszych momentach. Na liście tych, bez których dziś bym nie ruszyła, są:

  • Kije trekkingowe – przy stromych zejściach i przekraczaniu strumieni zmieniają dynamikę wysiłku. Odbierają kolanom dziesiątki ton „mikroobciążeń” w skali dnia. Pomagają też utrzymać równowagę, gdy zmęczenie robi swoje.
  • Lekka, naprawdę wodoodporna kurtka – nie „softshell, który jakoś tam chroni”, tylko membrana, która przy ulewie nie przemoknie po 20 minutach. Przy wietrze znad lodowca to różnica między płaczem ze zmęczenia a płaczem z zimna.
  • Dwie pary porządnych skarpet trekkingowych – lepiej mieć dwie dobre niż pięć przeciętnych. Szybkoschnące, z dobrą amortyzacją i bez grubych szwów na palcach.
  • Apteczka z realnymi rzeczami „na teraz” – plastry żelowe na odciski, elastyczny bandaż, tabletki przeciwbólowe/przeciwzapalne, elektrolity, coś na biegunkę i nudności. W kryzysie nie będziesz mieć siły kombinować.
  • Suchy zestaw „awaryjny” – cienka bielizna termiczna i skarpetki schowane w worku wodoszczelnym, do założenia WYŁĄCZNIE w schronie. Pocieszenie psychiczne nie do przecenienia.

Rzeczy, które okazały się zbędne albo niewspółmierne do ciężaru: książka w twardej okładce („będę czytać wieczorami”), trzecia para spodni, duża kosmetyczka, „ładne ubranie do miasta po trekkingu” wciśnięte gdzieś na dno. Każda taka fantazja wracała do mnie przy kolejnym stromym podejściu jak pytanie: „czy na pewno było ci to potrzebne?”.

Jedzenie: paliwo, które może cię uratować lub dobić

Najbardziej niedoceniany element – realna kaloryczność i wygoda jedzenia w trasie. Płacz ze zmęczenia rzadko jest wyłącznie o bólu mięśni; często to mieszanka niedojedzenia, odwodnienia i spadku glukozy, która rozwala odporność psychiczną. Słynne „mam doła” bywa tak naprawdę „mam 400 kcal niedoboru z ostatnich dwóch dni”.

Dobrze sprawdza się prosty podział:

  • Na śniadanie – owsianka błyskawiczna z dodatkiem orzechów, suszonych owoców, masła orzechowego. Ciepła, szybka, wysokokaloryczna.
  • Jak jadłam w biegu, żeby nie skończyć na dnie plecaka

    Śniadanie to dopiero start. Największe dramaty działają się zwykle między 11:00 a 16:00, kiedy teren jest najtrudniejszy, a organizm jedzie „na oparach”, jeśli przegapisz kilka prostych rzeczy.

    • W ciągu dnia – przekąski, które można zjeść bez zdejmowania plecaka: batoniki owsiane, orzechy, żele energetyczne (na czarną godzinę), suszone owoce. Najlepiej mieć część w kieszeniach pasa biodrowego albo w łatwo dostępnym worku na ramieniu, a nie zakopane na dnie plecaka.
    • Na obiad / ciepły posiłek – liofilizaty lub makaron z sosem w proszku, kuskus, gotowe dania „just add water”. Tu chodzi nie tyle o kulinarny zachwyt, ile o to, żeby w pięć–dziesięć minut mieć w misce coś, co ma 600–800 kcal.
    • Na wieczór – coś małego i słodkiego po kolacji (kawałek czekolady, krówki, żelki). Działa jak nagroda dla mózgu po ciężkim dniu, co w kryzysie bywa zaskakująco skuteczne.

    W Alpach Południowych klasyczną pułapką jest za mało tłuszczu i za mało soli. Przez kilka dni „na sucho” w lekkich, fit przekąskach organizm zaczyna protestować. Orzechy, masło orzechowe, oliwa w mini-buteleczce, trochę słonego sera – to są rzeczy, które realnie poprawiają samopoczucie. Po jednym dniu może nie czujesz różnicy, ale przy trzecim stromym podejściu z rzędu zaczyna się liczyć każdy gram energii.

    Druga rzecz to plan picia. Nie „będę pić, jak zachce mi się pić”, tylko realne łyki co kilkanaście minut. Jeśli nie lubisz czystej wody, dodaj elektrolity lub odrobinę soku w proszku. Na jednym z odcinków, gdy było zimno i wietrznie, prawie wcale nie chciało mi się pić. Efekt? Ból głowy, irytacja, płacz przy byle błotnej kałuży. Dopiero po powrocie do hut, litr wody z elektrolitami i ciepła herbata pokazały, jak bardzo byłam odwodniona – i jak szybko to dało się odkręcić.

    Smak kryzysu: scena, na której naprawdę płakałam

    Najmocniej zapadł mi w pamięć dzień, w którym słońce świeciło jak z pocztówki, a ja miałam ochotę wszystkim rzucić. Trzeci dzień trekkingu, przewyższenie niby „umiarkowane”, dystans „tylko” kilkanaście kilometrów. W praktyce oznaczało to błoto po kostki, śliskie kamienie i rzekę, którą trzeba było przekroczyć kilka razy.

    Do schronu zostały około dwie godziny. Plecak ciążył jak worek kamieni, każdy krok wymagał negocjacji z własnymi mięśniami. Nagle złapałam się na tym, że zatrzymuję się co kilkanaście kroków, udając przed sobą, że „robię zdjęcie” albo „podziwiam widok”. W rzeczywistości miałam ochotę usiąść na środku ścieżki i powiedzieć: „koniec, ja tu zostaję”.

    Łzy przyszły same, bez patosu. Po prostu ciało i głowa stwierdziły jednocześnie, że mają dość. Nie bolało nic konkretnego – nie było dramatu z kontuzją, krwią czy skręconą kostką. Było tylko wszystko naraz: głód, niedosypianie, przeciążone barki, przemoczone od kilku godzin buty i myśl, że jeszcze tyle przede mną.

    Co pomogło w tej konkretnej scenie:

    • 10 minut siedzenia na plecaku, bez udawania „szybkiej przerwy na zdjęcie”. Po prostu pauza.
    • Żel energetyczny i garść słonych orzeszków, popite wodą z elektrolitami.
    • Świadome założenie, że przez następne pół godziny nie patrzę na zegarek ani na dystans w aplikacji – tylko krok za krokiem do najbliższego zakrętu.

    Nie stał się cud, nie dostałam nagle skrzydeł. Szlak się nie wypłaszczył, a plecak nie schudł. Ale poziom paniki spadł o kilka stopni. To wystarczyło, żeby ruszyć dalej i finalnie dotrzeć do schronu o własnych siłach, nie w trybie „ciągnięta moralnie przez grupę”.

    Turystka w kolorowym stroju idzie po chmurnych, górskich szlakach
    Źródło: Pexels | Autor: Omar Tapia

    Mentalna strona gór: gdy głowa siada przed nogami

    Dlaczego psychika wysiada szybciej niż mięśnie

    Na zdjęciach z Alp Południowych widać głównie doliny, przełęcze, dramatyczne chmury. Nie widać wewnętrznego monologu, który potrafi zamienić piękny dzień w psychiczną rzeźnię. Zmęczenie fizyczne jest przewidywalne: boli, ale wiadomo od czego. Z głową jest gorzej.

    Kilka rzeczy, które szczególnie mocno potrafią przetestować psychikę:

    • Brak kontroli nad czasem – gdy nie masz zasięgu, GPS ledwo działa, a wiesz tylko tylu, że „gdzieś tam jest schron”. Każdy kolejny zakręt bez widocznego dachu może podcinać nogi.
    • Długie odcinki bez ludzi – piękne w teorii, w praktyce włączają w głowie pytanie: „a co, jeśli coś się stanie właśnie teraz?”. To nie jest lęk histeryczny, tylko naturalna reakcja na izolację.
    • Monotonia trudnego terenu – godziny stawiania stóp na śliskich kamieniach albo balansowania w błocie. Zero „łatwych” metrów, na których można by odsapnąć mentalnie.

    Przy drugim, trzecim takim dniu z rzędu człowiek zaczyna mieć dość własnych myśli. I wtedy nawet drobiazg – jak przemoczone rękawiczki czy źle domknięty pas piersiowy – potrafi być iskrą do łez. Nie dlatego, że to obiektywnie wielki problem, tylko dlatego, że pojemność na kolejne bodźce została już wyczerpana.

    Małe strategie, które ratują dzień

    Nie ma magicznych trików, które zamienią kryzys w euforię, ale są proste sposoby, które realnie zmniejszają szansę na załamanie w połowie szlaku. Część z nich odkryłam dopiero w praktyce, często za późno.

    • Mikrocele – zamiast „do schronu jeszcze 10 km”, dzielę trasę na fragmenty: do tego mostku, do punktu na mapie, do przerwy za pół godziny. Głowa znacznie lepiej znosi krótkie dystanse.
    • Planowana przerwa „z nagrodą” – baton, który jem tylko przy jednym konkretnym miejscu (np. przy przełęczy), herbata w termosie otwierana dopiero po najtrudniejszym podejściu. Dziecinne? Być może. Skuteczne – zdecydowanie.
    • Zmiana rytmu marszu – krótsze kroki, celowo wolniejsze tempo na dłuższej stromiźnie, nawet jeśli „dałoby się szybciej”. Im wcześniej zwolnię, tym później przychodzi ściana.
    • Zgoda na gorszy dzień – nie każdy dzień musi być w stylu „idę jak rakieta”. Czasem po prostu robię mniej zdjęć, mniej gadam, więcej skupiam się na autopilocie. To też jest forma radzenia sobie.

    W jednym z dni celowo odpuściłam zejście do punktu widokowego oddalonego o dodatkowe 40 minut w jedną stronę. Widoki miały być „epickie”, ale czułam, że te 80 minut w obie strony dobiją mnie fizycznie. Kiedyś uznałabym to za porażkę, tu traktowałam jak świadomy wybór po stronie przetrwania. I to mocno zmienia sposób, w jaki przeżywa się cały trekking.

    Samotnie czy w grupie – co jest trudniejsze dla głowy

    W Alpach Południowych szłam czasem sama, czasem w towarzystwie. Oba warianty mają swoje plusy i swoje momenty „płaczu w środku”.

    W samotności:

    • nie trzeba dopasowywać tempa marszu, możesz iść w swoim rytmie,
    • łatwiej wsłuchać się w sygnały z ciała („teraz przerwa, bo tak”),
    • ale też cała odpowiedzialność za decyzje spada na ciebie – nie ma kogo zapytać: „myślisz, że damy radę dojść przed zmrokiem?”.

    W grupie:

    • jest wsparcie, można się pośmiać z trudności,
    • ale bywa presja: nikt nie chce być „tą osobą, przez którą wszyscy zwalniają”,
    • konflikty zmęczeniowe (różne poziomy sił, różne wyobrażenia o tempie) potrafią wykończyć bardziej niż sama trasa.

    Jednego z mocniejszych kryzysów doświadczyłam właśnie w grupie. Wszyscy mieli lepszy dzień, szli szybciej, żartowali. Ja od rana czułam się „ciężko”, jakby ktoś wymienił mi nogi na betonowe. W pewnym momencie zostałam kilkaset metrów z tyłu i bardziej niż samego zmęczenia bałam się tego, że „opóźniam” resztę. To była mieszanka wstydu i frustracji. Łzy wtedy przyszły nie dlatego, że nie dawałam rady, tylko dlatego, że nie dawałam rady „tak dobrze jak inni”.

    Pomogła dopiero rozmowa przy kolacji. Ustaliliśmy, że kolejnego dnia ruszam wcześniej, własnym tempem, a reszta mnie dogania. Niby drobna zmiana, a w praktyce zdjęła ze mnie cały plecak cudzych oczekiwań – został „tylko” ten fizyczny.

    Pogoda, która zmienia plan i głowę

    Deszcz, wiatr i śnieg w środku lata

    Alpy Południowe mają jedną cechę wspólną z innymi wysokimi górami: prognoza pogody jest sugestią, nie obietnicą. Lato w kalendarzu nie gwarantuje ani słońca, ani ciepła. Możesz wyjść ze schronu przy błękitnym niebie, a po dwóch godzinach iść w mokrym śniegu nawiewanym przez wiatr.

    Najtrudniejsze są nie tyle spektakularne załamania, ile te „średnie” dni – ciągły deszcz, przenikliwy wiatr, niska chmura. Widoków brak, zdjęcia wychodzą w jednym odcieniu szarości, a wszystko, co masz na sobie, stopniowo nasiąka wilgocią. W takich warunkach głowa zaczyna się buntować szybciej niż mięśnie. Pojawia się myśl: „po co ja to w ogóle robię?”.

    Jak pogoda wpływa na decyzje, których nie widać na Instagramie

    Na zdjęciach zwykle pokazuje się „okna pogodowe”: słońce między chmurami, spektakularne zachody, morze mgieł. Za tym często kryją się wycofy, skrócone etapy, zmienione plany, o których mało kto pisze.

    Miałam dzień, w którym plan zakładał przejście przez przełęcz otwartą „przy dobrej pogodzie”. Rano w Visitor Centre pojawiła się informacja: „silny wiatr, zalecany brak wejść”. Czy obiektywnie dałabym radę? Być może. Ale obraz bycia przewianą na grani, bez szansy na stabilny krok z ciężkim plecakiem, nie dawał spokoju. Zamiast iść „po swoje”, zmieniłam trasę na niższą, mniej atrakcyjną widokowo.

    Ten dzień był jednym z tych, w których płacz pojawił się nie na szlaku, tylko wieczorem. Frustracja, że „przecież tyle przygotowań, taki plan, a tu pogodowa loteria”. Zajęło mi chwilę, żeby przyznać przed sobą, że celem tej wyprawy nie jest „odhaczenie przełęczy”, tylko wrócenie cało. I że rezygnacja w złej pogodzie to nie jest przegrana, tylko dojrzała decyzja.

    Mokre buty jako katalizator wszystkiego

    Jest jeden element pogody, który ma zaskakująco silny wpływ na psychikę: ciągle mokre buty. Nie po jednej kałuży czy krótkim deszczu, tylko po dniu, dwóch, trzech, kiedy nic nie zdąży dobrze wyschnąć. Czujesz wilgoć od rana do wieczora, każdy krok przypomina o tym, że nie masz komfortu, tylko kompromis.

    To właśnie buty były dla mnie tłem do jednego z większych załamań. Rano w schronie wkładanie mokrych skarpet do wilgotnych butów. Chwilę później zimny śnieg nawiewany na kostki. Po kilku godzinach tarcia – zaczynające się odciski. Na mapie dystans wyglądał rozsądnie, w praktyce każdy krok był lekko karzący. W połowie dnia złapałam się na myśli: „gdybym teraz mogła założyć suche, ciepłe buty, mogłabym iść jeszcze dłużej; w tych – mam ochotę skończyć już”.

    Pomogły:

    • sucha para skarpet „tylko do spania” (nigdy nie wychodziłam w nich ze schronu),
    • luźniejsze sznurowanie na podejściach, żeby zmniejszyć ucisk na obolałe miejsca,
    • przyjęcie, że przez dwa dni będzie po prostu niekomfortowo i nie ma w tym nic „nienormalnego” – to część pakietu zwanego „góry”.

    Relacje z innymi: spotkani ludzie, których łzy też się nie nagrywają

    Rozmowy w schronach: wspólna biblioteka kryzysów

    Historie zasłyszane przy suszarce do butów

    W schronach nie ma zbyt wielu miejsc, gdzie życie tak się koncentruje, jak przy suszarce do butów albo sznurku z mokrymi skarpetami. Tam przeważnie zaczynają się rozmowy. Bez przedstawiania się, bez pytania „czym się zajmujesz na co dzień”. Zamiast tego pada pierwsze zdanie: „też dzisiaj przemarzłaś na przełęczy?”.

    Te rozmowy są jak biblioteka kryzysów. Ktoś opowiada o dniu, kiedy zawrócił tuż przed celem po kilku godzinach podejścia. Ktoś inny – o zejściu po ciemku, z czołówką na ostatnich procentach baterii. Pojawiają się też historie o płaczu gdzieś w kosówce, o siedzeniu na plecaku przez dwadzieścia minut, bo „wstać to już za duży projekt”.

    Najdziwniejsze jest to, że im więcej takich historii słyszysz, tym mniej wyjątkowe wydają się twoje własne załamania. Nagle widzisz, że łzy na szlaku nie są dowodem słabości, tylko częścią wspólnego doświadczenia. Wysokie góry robią to samo z ludźmi o różnym wieku, formie, paszporcie – wyciągają z nich granicę „mam dość” i pokazują ją z bliska.

    Raz przy kolacji starszy Nowozelandczyk, który wyglądał jak podręcznikowy weteran gór, przyznał spokojnie:

    – Trzeci dzień z rzędu padało, a ja w połowie podejścia usiadłem i rozpłakałem się jak dziecko. Miałem dosyć wszystkiego. Nic bohaterskiego, zwykłe „nie chcę już”.

    To jedno zdanie zrobiło więcej dla mojego ego niż wszystkie lajki pod zdjęciami z panoramą doliny.

    Milczące towarzystwo na szlaku

    Nie zawsze rozmowa jest potrzebna. Czasem wystarczy, że ktoś po prostu jest w zasięgu wzroku. Wspólne milczenie przez kilka godzin potrafi zadziałać uspokajająco: „nie tylko ja się tu męczę, wszyscy wkładają podobny wysiłek w każdy krok”.

    Były dni, kiedy dogadywałam się z ludźmi trzema słowami na krzyż:

    • „wszystko ok?” – kciuk w górę,
    • „jeszcze daleko?” – gest ramionami oznaczający „kto to wie”,
    • „przerwa?” – kiwnięcie głową w stronę płaskiego kamienia.

    Ta oszczędność słów działa jak zawieszenie codziennych ról społecznych. Nikt nie musi błyszczeć, nikt nie musi mieć nastroju. Można iść obok siebie, każdy z własnym kryzysem w środku, i jednocześnie czuć, że nie jest się w tym kompletnie samemu.

    Kiedy inni stają się lustrem

    Spotkani ludzie pokazują też rzeczy, których normalnie bym nie zauważyła. Widząc kogoś, kto walczy z własnym tempem, reaguje na złą pogodę czy zły sen, dostrzegam w tym swój sposób radzenia sobie. To trudne, bo czasem to lustro jest okrutnie szczere.

    Przykład: pewnego dnia spotkałam na trasie parę, która od rana kłóciła się o tempo. Ona – drobna, zmęczona, co kilka minut oglądała się za siebie. On – wyraźnie sfrustrowany, przyspieszał, potem stawał i wzdychał. Całą scenę widziałam z dystansu, i nagle uderzyło mnie, że kiedyś byłam dokładnie taką osobą, która się ogląda i czuje winna, że „spowalnia”.

    Wieczorem w schronie zamieniliśmy kilka słów. Okazało się, że ona przeszła dzień wcześniej najcięższy do tej pory etap, była po prostu wyczerpana. On „chciał tylko szybciej dojść, żeby mieć więcej czasu na odpoczynek”. Oboje mieli rację, ale sposób, w jaki to wychodziło na zewnątrz, dokładał im stresu.

    Ta rozmowa była dobrym pretekstem, żeby zadać sobie pytanie: ile razy ja sama dostałam wcześniej „po głowie” nie od gór, ale od własnych oczekiwań i cudzych projekcji. Góry tylko wyciągnęły to na powierzchnię.

    Dwójka zmęczonych turystów wspiera się podczas odpoczynku w górach
    Źródło: Pexels | Autor: Kamaji Ogino

    Sprzęt nie tylko od pasa w dół: co naprawdę pomaga w kryzysach

    Rzeczy małe, a robią wielką różnicę

    W opowieściach o trekkingu często przewijają się buty, plecak, kurtka. Tymczasem w momentach, kiedy siedziałam zmęczona na kamieniu i walczyłam z chęcią „wylogowania się z tej przygody”, zwykle ratowały mnie zupełnie inne, drobne elementy ekwipunku.

    Kilka z nich zasłużyło na osobny panteon:

    • lekka, miękka czapka – nie tyle „przeciw zimnu”, ile „przeciw przeciążeniu bodźcami”. Założona głęboko na uszy, delikatnie tłumiła hałas wiatru i rozmów w schronie. Dawała wrażenie własnej bańki, kiedy głowa była już przegrzana wrażeniami, a nie tylko wysiłkiem,
    • para najzwyklejszych zatyczek do uszu – różnica między nocą z chrapiącą salą a choćby kilkoma ciągłymi godzinami snu. Bez snu szybko robi się płaczliwie, impulsywnie, dramatycznie. Dobre zatyczki potrafią uratować nie tylko noc, ale cały następny dzień,
    • mały ręcznik z mikrofibry – nie jako gadżet „do suszenia po prysznicu”, tylko jako rzecz, którą mogłam owinąć szyję czy ramiona, kiedy w schronie było chłodno, a ja nie miałam już siły się rozgrzewać. To dawało sygnał „jesteś zaopiekowana”, nawet jeśli reszta ciała czuła się jak po praniu w lodowatej wodzie,
    • notesik i długopis – w momentach, kiedy głowa się zapętlała („po co, na co, dlaczego ja to sobie robię”), wylanie tego na papier pomagało zatrzymać spiralę. Pięć zdań potrafiło zrobić w środku porządek większy niż godzinna rozmowa.

    Jedzenie jako narzędzie, nie tylko przyjemność

    Kryzys fizyczny rzadko przychodzi znikąd. Często jest efektem zbyt późno zjedzonego posiłku, albo serii decyzji „jeszcze kawałeczek, jeszcze podejdę do zakrętu”. Organizm przez chwilę daje radę, a potem wystawia rachunek – w postaci drżenia rąk, braku koncentracji, chęci usiąścia na środku szlaku.

    Zaczęłam traktować jedzenie bardziej jak narzędzie do zarządzania energią niż nagrodę „za dobrze zrobioną robotę”. Zamiast jednego dużego posiłku w połowie dnia – małe, regularne dawki:

    • garść orzechów po każdej pełnej godzinie marszu,
    • pół batona przy zmianie wysokości (np. po większym zejściu),
    • co najmniej kilka łyków wody przy każdym zatrzymaniu, nawet krótkim.

    Ta przewidywalność bardzo uspokaja. Głowa wie: „będzie paliwo, zanim spadnę do zera”. To drobiazg, ale może zadecydować, czy łzy przyjdą przy trzeciej godzinie marszu, czy dopiero przy szóstej – albo wcale.

    Ciało, które protestuje, i jak się z nim dogadać

    Ból, który jest sygnałem, a nie wyrokiem

    W Alpach Południowych, przy kilku dniach z rzędu na trasie, ciało przestaje być neutralnym nośnikiem plecaka. Zaczyna mówić głośno. Boli kolano przy każdym zejściu, biodra od uprzęży plecaka, barki od pasków. Pytanie brzmi: kiedy ten ból to naturalny koszt wysiłku, a kiedy czerwone światło?

    Najbardziej podstępne są bóle „średnie” – nie na tyle ostre, żeby przerwać marsz, ale na tyle upierdliwe, żeby nie dało się o nich zapomnieć. W moim przypadku kluczowe okazało się:

    • robienie mikroprzerw tylko na „przeskanowanie ciała” – zatrzymanie się na minutę, zamknięcie oczu, pytanie: „gdzie jest ściągnięcie, co mogę rozluźnić tu i teraz?” zamiast czekania, aż coś się „rozkręci”,
    • zmiana długości kroku przy pierwszych oznakach bólu kolan – krótsze, częstsze kroki zamiast „zeskakiwania” z kamieni, nawet kosztem wolniejszego tempa,
    • zdejmowanie plecaka przy każdym dłuższym postoju, choćby na trzy minuty – ulga dla barków robił swoje nie tylko fizycznie, ale też psychicznie: czułam, że nie dźwigam swojego świata non stop.

    Kilka takich świadomych decyzji często powstrzymywało ból przed wejściem na poziom „jestem beznadziejna, nie nadaję się do tego”. Zamiast tego pojawiała się myśl: „ok, ciało mi komunikuje granice, mogę z nim współpracować”.

    Kiedy łzy są sygnałem do pauzy, a nie do rezygnacji

    Łzy kojarzą się z momentem, kiedy „już nie ma z czego ciągnąć dalej”. Na szlaku odkryłam, że często są raczej sygnałem przeładowania, niekoniecznie końca możliwości. Coś jak zawór bezpieczeństwa w czajniku.

    Kilka razy miałam sytuację, że płacz pojawiał się nagle – na przykład po drobnej uwadze kogoś z grupy, albo po tym, jak na mapie zobaczyłam jeszcze jedną dolinkę do obejścia. Gdybym wtedy założyła, że „to koniec, nie dam rady”, prawdopodobnie rzeczywiście bym nie dała. Zamiast tego testowałam prosty schemat:

    • pauza na kilka minut, najlepiej w miejscu, gdzie można usiąść z plecakiem obok, a nie na plecaku,
    • kilka głębszych oddechów z ręką na brzuchu (żeby naprawdę czuć, że pracuje),
    • jedna rzecz do zrobienia „tu i teraz” – łyk wody, kawałek jedzenia, poprawienie skarpetki, założenie kurtki.

    Dopiero potem zadawałam sobie pytanie: „czy naprawdę nie jestem w stanie zrobić kolejnych piętnastu minut marszu?”. W dziewięciu przypadkach na dziesięć odpowiedź brzmiała: „dam radę, tylko już nie w heroicznej wersji, za to w wersji krok-po-kroku”.

    Powrót do domu: co zostaje po łzach w górach

    Inny kaliber „trudnych dni”

    Po kilku tygodniach w Alpach Południowych zwykłe „trudne dni” w mieście nabierają innego ciężaru. Kiedy łapie mnie irytacja, bo spóźnia się autobus, albo mam za dużo maili, w tle pojawia się bardzo konkretny obraz: śnieg po kostki, mokre buty, wiatr prosto w twarz i jeszcze trzy godziny do schronu.

    To porównanie nie zawsze działa jak cudowne lekarstwo. Czasem wręcz przeciwnie – wywołuje złość: „w górach też było ciężko, a teraz znowu”. Z czasem jednak zauważyłam coś innego: próg „naprawdę źle” przesunął się dalej. Mam więcej przestrzeni na dyskomfort, mniej paniki, kiedy coś nie idzie po mojej myśli.

    Co zabieram z tych łez na kolejne wyprawy

    Łzy zmęczenia w Alpach Południowych nie były jednorazowym epizodem, który chciałabym wymazać. Stały się fragmentem mapy, z którą wyruszam w następne góry. Dzięki nim:

    • lepiej oceniam swoje tempo przygotowań – jeśli wcześniej wiem, że kilka ciężkich dni z rzędu mnie „rozkleja”, nie układam trasy tak, żeby takich odcinków było pięć pod rząd,
    • bardziej otwarcie mówię innym o swoich granicach – „dzisiaj chcę wyjść wcześniej, bo wolniej idę”, zamiast udawać, że zawsze dam radę się dostosować,
    • mam mniej romantyczne, a bardziej prawdziwe wyobrażenie o trekkingu – z całym pakietem: błotem, frustracją, niedospaniem i momentami, w których jedynym marzeniem jest krzesło z oparciem.

    Ten realizm nie odbiera górom magii. Raczej ją osadza. Sprawia, że kiedy znów stoję na przełęczy, z widokiem na kolejne pasma, wiem dokładnie, ile kosztuje mnie ten obrazek. I może właśnie dlatego cieszy bardziej niż jakiekolwiek „idealne” zdjęcie bez kontekstu łez i zmęczenia, które się za nim kryją.

    Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

    Czy trekking w Alpach Południowych w Nowej Zelandii jest dużo trudniejszy niż w Tatrach czy Alpach Europejskich?

    Tak, dla wielu osób trekking w Alpach Południowych okazuje się wyraźnie trudniejszy niż w znanych z Polski górach, nawet jeśli przewyższenia na papierze wyglądają podobnie. Różnicę robi przede wszystkim bardzo zróżnicowany teren: w jednym dniu możesz przechodzić od leśnych, korzeniastych podejść, przez śliskie kamienie w rzece, po błoto po kostki i ruchome rumowisko skalne.

    Organizm nie wchodzi tu w „autopilot”, bo mięśnie i głowa ciągle muszą się adaptować. Dochodzi też poczucie odcięcia (brak zasięgu, daleko do drogi) oraz zmienna, wilgotna pogoda, która potrafi drastycznie obniżyć komfort marszu. To wszystko sprawia, że ta sama liczba kilometrów może być znacznie bardziej wyczerpująca niż na dobrze znanych szlakach w Europie.

    Na czym polega „płakanie ze zmęczenia” podczas długiego trekkingu i czy to normalne?

    Łzy ze zmęczenia w górach nie są oznaką słabości, ale sygnałem, że ciało i głowa doszły do granicy. Pojawiają się zwykle wtedy, gdy nakłada się kilka czynników: wielogodzinny wysiłek, mokre ubrania i buty, zimno, brak snu, niedojedzenie oraz świadomość, że do schronu wciąż jest daleko i nie ma łatwej opcji zejścia.

    To naturalna reakcja na przeciążenie – fizyczne i emocjonalne. Zamiast ją bagatelizować, warto ją potraktować jako „czerwoną lampkę”: zwolnić, coś zjeść, ogrzać się, porozmawiać z towarzyszami, a czasem skrócić plan. Uczciwe mówienie o takich momentach pomaga lepiej się przygotować i nie idealizować gór.

    Jak realistycznie ocenić trudność szlaku w Alpach Południowych, żeby się nie przeliczyć?

    Nie wystarczy spojrzeć na opis typu „moderate” czy „challenging” na stronie DOC ani na zdjęcia z Instagrama. Kluczowe jest zestawienie kilku parametrów: dziennego dystansu, sumy podejść i zejść, rodzaju terenu oraz możliwości skrócenia trasy lub wycofu w razie kryzysu.

    W praktyce warto: sprawdzić mapę topograficzną i profil wysokości w aplikacjach (np. Gaia, maps.me, lokalne topo), przeczytać track notes DOC i świeże relacje z blogów, zobaczyć zdjęcia z newralgicznych odcinków (rzeki, przełęcze, rumosz skalny) oraz porozmawiać z rangerami w Visitor Centre. Porównuj też swoje wcześniejsze doświadczenia: „25 km w Beskidach” to zupełnie inny wysiłek niż 15–18 km po błocie i skałach w Alpach Południowych.

    Jak przygotować kondycję przed wyjazdem na trekking w Alpy Południowe?

    Najlepiej zacząć testować się 3–6 miesięcy przed wyjazdem. Nie chodzi o zawodnicze treningi, ale o sprawdzenie, czy jesteś w stanie przejść 15–20 km z plecakiem 10–12 kg po zróżnicowanym terenie (las, kamienie, podejścia), a następnego dnia powtórzyć podobny wysiłek bez całkowitego „zjazdu” energetycznego.

    Dobrze jest też znać swoje „czerwone lampki”: kiedy zaczynają się bóle kolan, otarcia, zawroty głowy czy spadek nastroju, po którym zwykle przychodzi kryzys. Im lepiej rozpoznasz te sygnały w bezpiecznych, domowych warunkach, tym łatwiej zareagujesz na nie na szlaku – zanim zamienią się w sytuację, w której zostaje tylko siedzieć na plecaku i płakać ze zmęczenia.

    Dlaczego logistyczne przygotowanie trekkingu w Nowej Zelandii tak męczy?

    Przy dłuższych trasach w Nowej Zelandii ogrom energii pochłania sama logistyka. Wiele szlaków jest liniowych, więc trzeba zorganizować transport z końca trasy, często z wyprzedzeniem. Popularne DOC huts na Great Walks wymagają rezerwacji, co ogranicza elastyczność – nie możesz po prostu pójść dalej, jeśli czujesz się świetnie, ani skrócić dnia, jeśli jest gorzej.

    Do tego dochodzą loty wewnętrzne, ograniczenia bagażu, depozyty rzeczy w miasteczkach oraz bardzo zmienna prognoza pogody, która potrafi zamknąć przełęcz w ostatniej chwili. Wszystkie te decyzje „przed” sprawiają, że na start szlaku wchodzisz już lekko zmęczona_y, co potem mocno czuć przy pierwszym kryzysie fizycznym.

    Czy infrastruktura DOC (huts, oznaczenia) naprawdę ułatwia trekking, czy to tylko mit?

    Infrastruktura w Nowej Zelandii rzeczywiście robi wrażenie: szlaki są dobrze oznakowane, a schrony prowadzone przez DOC często są wygodniejsze i mniej przepełnione niż europejskie schroniska w sezonie. To daje poczucie bezpieczeństwa i pomaga w nawigacji oraz planowaniu kolejnych etapów.

    Nie oznacza to jednak, że „trasa sama się przechodzi”. Nikt za ciebie nie niesie plecaka, nie poprawi pogody ani nie podniesie z kamieni, gdy przyjdzie załamanie. Dobre oznakowanie jest wsparciem, ale nie zastąpi realnej kondycji, umiejętności oceny terenu i gotowości na zmianę planu, gdy ciało mówi „dość”.

    Po co w ogóle pisać o trudnych emocjach i kryzysach na trekkingu zamiast pokazywać tylko piękne widoki?

    Idealizowanie gór jest kuszące – łatwiej sprzedać wizję „wędrówki życia” niż opowieść o błocie, łzach i braku sił na zrobienie kolejnego kroku. Problem w tym, że taki cukierkowy obraz bywa zwyczajnie niebezpieczny: ludzie jadą z wyobrażeniem spaceru z kubkiem kawy, a zderzają się z bardzo realnym wysiłkiem i własnymi granicami.

    Uczciwe teksty o górach pokazują całość doświadczenia: momenty zachwytu i chwile totalnego zmęczenia. Taka narracja pomaga lepiej się przygotować – mentalnie i praktycznie – i podejmować rozsądniejsze decyzje na szlaku. Zamiast wstydzić się łez czy kryzysów, warto rozumieć, skąd się biorą i jak sobie z nimi radzić.

    Najbardziej praktyczne wnioski

    • Trekking w Alpach Południowych jest znacznie trudniejszy, niż sugerują „widokówkowe” zdjęcia – oprócz pięknych krajobrazów są odciski, mokre ubrania, skrajne zmęczenie i realne kryzysy fizyczne.
    • Szlaki w Alpach Południowych wymagają nie tylko dobrej kondycji, ale też odporności na zmienny, trudny teren: błoto, rumowiska skalne, śliskie kamienie, strome przełęcze i odcinki bez wyraźnej ścieżki.
    • Dobra infrastruktura (oznaczenia, schrony DOC) ułatwia orientację, ale nie zmniejsza realnego wysiłku – wciąż trzeba samodzielnie zmagać się z ciężkim plecakiem, pogodą i własnym zmęczeniem.
    • Największym wyzwaniem bywa brak „rytmu” marszu i poczucie odcięcia od cywilizacji: zmienny teren i świadomość braku łatwego odwrotu wzmacniają psychiczne zmęczenie i potęgują kryzysy.
    • Wilgotny, oceaniczny klimat sprawia, że chłód i deszcz są wyjątkowo przenikliwe; przemoknięte ubrania, wiatr i brak możliwości szybkiego wysuszenia znacząco podnoszą poziom wyczerpania.
    • Rzetelne planowanie trasy musi wykraczać poza etykietki „moderate/challenging” – kluczowe są: dzienny dystans w kontekście terenu, suma przewyższeń, typ podłoża oraz realne opcje skrócenia lub przerwania trekkingu.
    • Uczciwe mówienie o trudnościach (w tym „łzach ze zmęczenia”) nie jest narzekaniem, lecz elementem bezpieczeństwa – pomaga lepiej się przygotować, realistycznie ocenić swoje możliwości i uniknąć niepotrzebnego ryzyka.