Gertrude Saddle. Piękno Fiordlandu.
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Ostatnie dni spędziłam na szlaku Milford Track. Wiele się podziało. Skończyłam ten szlak prawie cała i prawie zdrowa 🙂

Po 4 dniach bez prysznica w końcu mogłam sobie pofolgować, stojąc… i stojąc, pod strumieniem gorącej wody w hostelu, w Milford Sound.

Postanowiłam przejść jeszcze jeden szlak, nim powrócę do Te Anau, gdzie są moje rzeczy…moje okulary… gdzie jest supermarket… jedzenie 🙂

Początek trekkingu
Znajomy polecił mi mało znany szlak Gertrude Saddle, który leży w drodze do Milford Sound, przed tunelem.
Niesamowita gra światła
Nie ma, że jeszcze zmęczona, wciąż głodna (a ja wciąż o tym jedzeniu… 🙂 ), że pogoda nie zapowiada się za ciekawie, naprawdę ciągnęło mnie na ten szlak. Nie potrafię tego wytłumaczyć, nim jeszcze postawiłam nogę na tym szlaku, wiedziałam, że będę się dobrze bawić, to będzie dobry trekking.
Wodospady

Cały szlak przeszłam sama. Ani jednej żywej duszy. Może to i dobrze, bo ostatnie dni na Milfordzie byłam ciągle otoczona ludźmi. A samotność w górach nigdy mi nie przeszkadzała. Wręcz odwrotnie zawsze jej szukałam. Zawsze lubiłam chodzić solo z plecakiem, zanurzona we własnych myślach.

Idę i podziwiam
Może pododa nie była wzorcowa, może wciąż widziałam trochę mgliście, ale dostrzegałam piękno 🙂
Jeziorko na szlaku

Na początku nie było trudno. Szlak na Gertrude Saddle wznosił się powoli. „Schody” zaczęły się przy wodospadach. Szlaku trzeba było szukać. Wypatrywać piramidek skleconych z kamieni. Trzeba było mieć trochę zaufania do butów. Było ślisko i bardzo spadziście. Ale pięknie. Od wspomnianych wodospadów roślinność zanikła. Było surowo, skaliście. Ale wciąż pięknie. W końcu, po paru godzinach stanęłam na Gertrude Saddle. Na początku skryłam się w pseudo schronie zbudowanym z kamieni. Nie było sensu siedzieć na zewnątrz. Nie chcialam też jeszcze schodzić. Coś mi mówiło, żeby poczekać. Poczekać, by ten urywający-głowę-wiatr przegnał chmury, bym mogła zobaczyć fiordy.

Szczątkowa roślinność
Zjadłam resztę muessli… i moje szczęście powróciło. Jestem w Nowej Zelandii, w Fiordlandzie, w górach, na pięknym szlaku, jest widok, czego chcieć więcej 🙂
… a fiordy jadły mi z ręki 🙂
Na chwilę rozwiało chmury. I miałam swój widok 🙂

Gdy zaczęłam schodzić pogoda znów się załamała. W ogóle mnie to nie przejęło. Dostałam to, czego potrzebowałam. Te parę kropel nie zepsują mi dobrego humoru.

Cieszę się, że przeszłam ten szlak. Chyba potrzebowałam tego. Bo ile człowiek może ponieść porażek. Koniec porażek w Nowej Zelandii. I tak nie mam już za wiele obiektywów do rozbicia i wielu oczu do oślepnięcia 🙂
Wypapatruj kamiennych piramidek

Teraz tylko szybko wystawić kciuk, zatrzymać samochód i przejechać autostopem do Te Anau. Ruch nie był szalony, ale i ludzie mili, więc nie było problemu. Pogawędziłam dosłownie chwilę i nagle się kompletnie zgubiłam. Obudziłam się w centrum Te Anau, pod supermarketem 🙂 Zmęczona, ale z pewnością, za chwil parę już nie będę głodna 🙂