Franz Joseph Glacier, czyli lodowiec i pierwszy szabat.
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Po baaardzo dobrze przespanej nocy w Graymouth niespiesznie wywleklimy się ze śpiworów. Jeszcze tylko stały punkt programu: sklep, i-site – dla ulotek, biblioteka – dla internetu za free.

W większości nowozelandzkich bibliotek internet na bibliotecznych komputerach jest za darmo, w większych miejscowościach, gdzie jest nawał cwanych turystów pobierana jest opłata. Natomiast wi-fi jest zawsze za darmo.

No i ruszylimy w kierunku Franz Joseph Glacier.

Obierając wschodnie wybrzeże droga wije się między dwoma lodowcami. Jeden to już wspomniany Franz Joseph a drugi to Fox Glacier.

Droga była jak zawsze malownicza… przyjemna nuda 😛

Jest piątek, więc moje towarzystwo wybiera hostel (przeciętna cena backpackers 20-30$ NZ). Część towarzystwa jest ortodoksyjnymi żydami i piątek oznacza SZABAT 🙂 Wybierając się w podróż do Nowej Zelandii ostatnie co mogłabym sobie wyobrazić to obchodzenie szabatu… życie zaskakuje. W sumie gdybym się przygotowała merytorycznie do wyjazdu, to bym wiedziała, że mnóstwo młodych Izraelczyków, tóż po odbyciu 2-letniej służby wojskowej, udaje się w podróż. I z moich obserwacji wyszło, że 40% turystów to Niemcy, 30% Izraelczycy, 20% Azjaci, …. 0,001% Polacy 🙂

Wracając do podróży. Mamy piątek, mamy kupę jedzenia, zacumowaliśmy w hostelu… przystępujemy do przygotowywania szabatu. Jedyne czego trzeba przestrzegać to koszerność. Używamy tylko naszych naczyń, nie gotujemy produktów zwierzęcych. Reszta idzie jak z płatka. Moi kompani znają się na jedzeniu. Mi pozostaje tylko patrzeć, uczyć się… i pozmywać na koniec 🙂

Gdy zapada ciemność zaczyna się szabat… i wielkie obrzarstwo 🙂 Szakszuka (danie z pomidorów i jajek), tahini (pardon, trina – sos sezamowy), warzywa i klu wieczoru cisto oreo… tak, upielki w hostelu ciasto 🙂 Co mogę powiedzieć? Było smacznie, aż za bardzo. Do łóżka doturlałam się 🙂

Następny dzień to kontynuacja szabatu, więc dla niektórych nie ma elektryczności, długich wędrówek, wysiłku fizycznego, gotowania.

Więc dla wszystkich jest błogie lenistwo 🙂 Rozciągneliśmy slackline między drzewami i pobawiliśmy się trochę na linie.

Późnym wieczorem wyłamałam się poszłam pod lodowiec. Widoki… niczego sobie, plus mały bonus z zachodem słońca 🙂 Szlak pod lodowiec wije się między wielkimi drzewami – paprociami, wszędzie jest mnóstwo mchu… jest klimat polodowcowy 🙂

Tak wyglądał koniec dnia i mojego pierwszego szabatu 🙂