Tongariro Alpine Crossing. Wulkany
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Wulkan za wulkanem. Jeden za drugim. Idę jak maszyna

Jedengo dnia zdobyłam Mt Taranaki (zwanego także Mt Egmont), najwyższy wulkan Nowej Zelandii, a drugiego dnia już byłam w drodze na kolejny wulkan – Tongariro.

W pierwszym tygodniu mojej nowozelandzkiej przygody próbowałm przejść cały Tongariro Great Walk. Niestety kompletnie nie byłam do tego przygotowana. Ani nie byłam rozchodzona, ani spakowana odpowiednio. Przyznam się szczerze, dokopałam sobie sama plecakiem  Przyszło mi wtedy wycofać się, trochę ostudzić zapały, poukładać sobie w głowie… i oczywiście przepakować plecak (znaczy pozbyć się paru kilogramów, do odebrania w drodze powrotnej). I tak lżejsza i weselsza kontynuowałam podróż

W moim ostatnim tygodniu podróży wróciłam. Wróciłam do, tym razem już jesiennego, Tongariro National Park. Miejsca, które porwało moje serce za pierwszym razem i do którego miłość, zauroczenie, psaja trwa nadal.

Niestety i tym razem nie uda mi się przejść Tongariro Great Walk. Plany postanowił mi pokrzyżować huragan nadciągający nad Północną Wyspę. Ciąć żył sobie nie będę, zaspokoję Tongariro Alpine Crossing. Któtszym, jednodniowym trekkingiem między, wśród i na wulkanach.

Nocleg znów miałam w wiosce Whakapapa (czyt. Fakapapa), gdzie poznałam Włoskich kucharzy z Australii. Jedno co nas łączyło to na pewno podziw dla piękna Nowej Zelandii i pochwała dla minimalistycznego stylu życia (czyli ja i mój plecak, to wszystko, czego mi do szczęścia potrzeba), co postanowiliśmy uczcić kuflem świetnego piwa

Następnego dnia ruszyłam na szlak. Zamiast próbować łapać stopa na poczatek szlaku (ruch w tym miejscu jest śladowy, a w godzinach porannych zerowy) postanowiłam zapłacić 35$ za busika, który zawiezie mnie na początek szlaku i odbierze na końcu. Do wyboru jest paru przewoźników i parę godzin odjazdu, do tego kierowca opowiada o wszystkich niebezpieczeństwach i przypomina o wodzie (na szlaku Tongariro Crossing nie ma gdzie zaczerpnąć wody).
Zaczęłam w Mangatepopo. Od samego początku było pięknie. Wokół szczyty wulkanów, pod nogami czarny pumeks i szczątkowa roślinność: trawa, wrzosy.

Jedyne co mi na początku przeszkadzło, to fakt, że trochę tłoczno było na początku. Ale wszystko się zmieniło, gdy przyszło zdobywac Mt Ngauruhoe (wulkan o wysokości 2287m). Niektórzy od razu odpuścili… w końcu to Mordor (Peter Jackson kręcił tam zdjęcia do Władcy Pierścieni). Ja nauczona doświadczeniem (moje wskazówki jak zdobywać wulkan znajdziesz tutaj) przystąpiłam do ataku. Parłam do przodu, by znów osunąć się w dół, cały czas na przedzie stawki, pocąc się i sapiąc.

… jak tam było pięknie! Sam wulkan Ngauruhoe (czyt. Narahoj) to feria barw i kolorów: brązy, czernie, żółcie, czerwienie… A dookoła inne wulkany, jeziora siarkowe.
Pierwszy z wulkanów na szlaku zaliczony, potem Red Crater i te cudowne turkusowe jeziora siarkowe – Emerald Lakes, w których można się kąpać.
7 godzin marszu, mnóstwo zdjęć po drodze i jedna chaotyczna myśl podsómowująca Tongariro Alpine Crossing: „ale tu jest wow, pięknie, cudownie, wow, najlpeszy trekking w Nowej Zelandii, ooo ja nie mogę…” Jakby mi trochę szarych komórek z wrażenia obumarło
A tak na poważnie, jeśli jest jedna rzecz, którą każdy powinien zobaczyć na Północnej Wyspie, to wulkany w Tongariro National Park. Jeśli macie czas, to jak najbardziej wybieżcie się na Tongariro Northen Circuit, a jeśli go wam brakuje to polecam jednodniową opcję: Tongariro Alpine Crossing