Nowa Zelandia najlepsze momenty
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

To chyba najtrudniejszy post do napisania. Jasne, że pierwszy był trudny, bo początki są zawsze trudne. Pierwszy krok zrobiony na nowozelandzkiej ziemi. Napisanie pierwszego zdania na bezkreśnie białej kartce. Ale podsumowanie jest równie trudne, bo łezka w oku się kręci na wspomnienie o tych wszystkich ludziach, miejscach, chwilach, cudach.

Choć z drugiej strony sobie myślę, że gdybym tylko napisała słowo „niesamowicie” mogłabym zakończyć tego posta 😛

Na początku myślałam, że nie wytrwam, bo sama, bo na końcu świata, bo nie przygotowałam się zbytnio merytorycznie. Ale po paru dniach nabrałam wiatru w żagle… i pod koniec było trudno wyhamować 🙂

Ale ostrzegam, będzie trochę patosu, trochę sentymentów…, choć chciałam tego uniknąć, jakoś nie wyszło 🙂

Moje najlepsze momenty w Nowej Zelandii:

… ludzie są dobrzy
Nocleg w Rotorua u przypadkowo poznanych ludzi, którzy pokazali mi, że ludzie nie chcą mnie zgwałcić, obrabować, pobić i zakopać w ogródku, ale są dobrzy, gościnni, bezinteresowni… są dokładnym przeciwieństwem bzdur pokazywanym w wiadomościach telewizyjnych.

Tongariro National Park to moja miłość… może dlatego, że dostałam tu w tyłek parę razy 😛

Trekking w Tongariro. Absolutnie przepiękne miejsce, gdzie nauczyłam się, że czasem trzeba zawrócić. A odwrót bynajmniej nie oznacza porażki, ale daje szansę na przemyślenia, przepakowanie i powrót na wulkany ze zdwojoną radością.

Kobieta, która mnie oświeciła.. choć o pewnie nieświadomie 🙂
Poznanie w Wellington podróżniczki, która uprzytomniła mi, że takich jak ja, ona, my jest więcej. My, którzy czujemy, że nie pasujemy. My, którzy czegoś szukamy. My, którzy mamy uczucie, że w życiu chodzi o coś więcej.

Raj na Ziemi

Ugryzienia komarów w końcu odejdą… widoki pozostaną w sercu
Abel Tasman Great Walk, bo ilekroć pot pojawił się na czole zrzucałam plecak i biegłam pływać w turkusowym morzu. Nazwałabym to lekcją rozpusty i rozkoszy… i pal licho, że w tym raju były też miliony głodnych sandflies i komarów.

Warto pojechać na koniec świata, by poznać takich ludzi 🙂

Poznanie ekipy z Izraela, która nauczyła mnie, że jedzenie w podróży to coś więcej niż muesli. To oni zaprosili mnie na mój pierwszy szabas i otworzyli swoje serca 🙂

Widok na Fox Glacier
… i kawa na szczycie
Mt Fox Route. Czasem by mieć widok trzeba się spocić. Ale ten wysiłek się opłaca, bo ów widok na lodowiec jest lepszy niż z helikoptera, a co ważniejsze, jest za darmo.

A szlak wił się i wiłłł sięęę
… a na końcu były gorące źródła
Copland Track… trwaj chwilo jesteś piekna! Bo czy może być coś lepszego jak po całym dniu na szlaku wypić zimne piwo z tyłkiem w gorących źródłach, przy pełni księżyca, pod rozgwieżdżonym niebem, wśród gór?

Lake Wanaka ze szczytu Roys Peak
Bo w Wanaka jest wszystko… piękne wschody, zachody. Pięknie jest zawsze 🙂
Wanaka, gdzie poczułam, że to moje miejsce, energia której szukam.

Moja dolina. Moje Matukituki

Matukituki Valley. Cudowne miejsce. Fajny szlak. Mnustwo potu przy końcu, ale tak bardzo warto.

Mój „acha” moment 😛
Mt Burke, gdzie nagle, po paru tygodniach dotarło do mnie, że TO się dzieje naprawdę, spełnia się moje marzenie, że tego dokonałam: jestem w Nowej Zelandii, a wszyscy ci, którzy w to nie wierzyli mogą się iść gonić 🙂

Moje pierwsze drzewo 🙂
Sama te 10 kubików przerzuciłam 🙂
Bycie drwalem w Wanaka, gdzie nauczyłam się zwolnić tempo i delektowac się chwilą… i że piła łańcuchowa to fajna zabawka 😛

Jego wysokość Mt Cook
Mój osobisty hotel
Mt Cook, gdzie poczułam magię.

Mt Taranaki. Najwyższy wulkan w Nowej Zelandii.
Pierwsze promienie słońca ocierające się o wulkan
Mt Taranaki. Chyba dlatego, że szłam po tym wulkanie jak maszyna 😛

Polka na drugim końcu świata
… nie ma co było fajnie 🙂 Tyle kwestii podsumowań i końców. Czyli koniec bloga?

Nie 🙂 bo dla mnie Nowa Zelandia nigdy się nie zakończyła. Ani na lotnisku w Auckland, ani po wylądowaniu w Pradze, ani gdy przekroczyłam próg domu w Polsce. Pod Mt Cook lekko już majaczyła mi w głowie myśl o powrocie. Będąc w Auckland wiedziałam na pewno, że wracam… bo miałam do czego… Taki sobie banał: dziewczyna jedzie na wakacje, poznaje tubylca, postanawia życić wszystko i podąża za sercem… w stronę zachodzącego słońca (a może wschodzącego słońca) 😛 Ale wiecie co, banały działają także w prawdziwym życiu. Od półtora roku żyje szczęśliwie na drugim końcu świata, nad jeziorem, otoczona górami, w pięknej Wanaka… u boku mojego Kiwi 🙂

Zawsze chciałam pedałować w takich okolicznościach przyrody… teraz to codzienność 🙂
Po tym jak podzieliłam się moją pierwszą podróżą po Nowej Zelandii chciałabym pisać: o moim dalszym odkrywaniu tego kraju, pokazywać miejsca mniej turystyczne, ale i dawać wskazówki i rady , jak zaplanować podróż, czego można się spodziewać na miejscu, odpowiadać na pytania was nęcące…

Do następnego razu 🙂