Queenstown, góry i nocne życie
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Kolejny dzień w Queenstown. Nim nadejdzie pora imprezowania trzeba coś ze sobą zrobić. „Coś ze sobą zrobić” znaczy: ogarnąć się, rozpytać co, gdzie, jak i ruszyć na szlak.

Przy śniadaniu przypomniało mi się, że znajomy parę dni wcześniej wspominał o Double i Single Cone??? Pewnie warto, bo miał jeszcze większe zboczenie górskie niż ja. Trzeba zweryfikować.

Z informacją turystyczną nigdy nie ma problemu. Zawsze dostaniesz odpowiedź, kilka mapek i uśmiech gratis
Żeby dostać się na szlak Double Cone trzeba było dostać się do centrum Queenstown, a potem kierować się na kurort narciarski Remarkables.

Wszystko pięknie ładnie: stoję u podnóża łańcucha górskiego, gdy patrzę do góry widzę drogę szutrową wspinającą się slalomem do bazy narciarskiej… i nic nie jedzie… czyli najpierw będę musiała przejść szutrem parę godzin, żeby dopiero znaleźć się na początku szlaku. Na całKolejny dzień w Queenstown. Nim nadejdzie pora imprezowania trzeba coś ze sobą zrobić. „Coś ze sobą zrobić” znaczy: ogarnąć się, rozpytać co, gdzie, jak i ruszyć na szlak.

Przy śniadaniu przypomniało mi się, że znajomy parę dni wcześniej wspominał o Double i Single Cone??? Pewnie warto, bo miał jeszcze większe zboczenie górskie niż ja. Trzeba zweryfikować.

Z informacją turystyczną nigdy nie ma problemu. Zawsze dostaniesz odpowiedź, kilka mapek i uśmiech gratis
Żeby dostać się na szlak Double Cone trzeba było dostać się do centrum Queenstown, a potem kierować się na kurort narciarski Remarkables.

Wszystko pięknie ładnie: stoję u podnóża łańcucha górskiego, gdy patrzę do góry widzę drogę szutrową wspinającą się slalomem do bazy narciarskiej… i nic nie jedzie… czyli najpierw będę musiała przejść szutrem parę godzin, żeby dopiero znaleźć się na początku szlaku. Na całe szczęście po paru minutach nadjeżdża samochód. Nie znam nikogo aż tak bezdusznego, kto nie podwiózłby desperata na tym odludziu. Młodzi Austriacy przygarniają mnie i brusimy szybko w górę. Jedziemy szybko, bo Austriacy przyjechali tylko na 3 tygodnie do Nowej Zelandii i mają cały harmonogram wypchany atrakcjami i muszą wszystko zobaczyć i boją się, że nie zdążą. Kiwam tylko głową i próbuję ich zrozumieć… nie potrafię, bo mi się nigdzie nie spieszy. Wiem, że nie jestem w stanie zobaczyć wszystkiego, więc wybieram trochę, ale cieszę się tym jak najdłużej mogę… delektuję się. Nowa Zelandia w 3 tygodnie? Trochę śmiesznie jechać na drugi koniec świata, na wakacje życia i ciągle być zestresowanym.

W końcu dostaję się na poczatek szlaku. Początek nie jest wspaniały, bo wokół trwają prace ziemne, pod nowy sezon narciarski. Ale im wyżej tym lepiej. Bo im wyżej tym lepsza panorama na leżące w dole Queenstown, Lake Wakatipu, Alpy (w tym tam hen hen Mt Cook, gdy lekko przymróżyło się oczy i wiedziało się czego szukać ) i drogę na południe na Fiordland.

Ale nim znalazłam się na szczycie Double Cone czekała mnie duchowa przeprawa. Że co? A no po drodze poznałam Andrew, który był australijskim doktorem teologii. Ale nim przeszedł do opowieści o Bogu wybadał grunt… jak by mnie podejśc, żeby nie było nachalnie: „Cześć jestem Andrew dziś będę cię nawracał” Było tak: skąd jestem? – z Polski – aaaa! Jan Paweł II… i ruszyła machina

W życiu bym się nie spodziewała, że w Nowej Zelandii na szlaku ktoś będzie mnie nawracał Ale nie było to nachalne, czy uporczywe, nikt mnie nie polewa wodą święconą i nie wymachiwał krzyżem. Po prostu sobie pogadaliśmy. A Andrew miał tyle cierpliwości, by odpowiedzieć na każde, nawet najgłupsze, pytanie. A nawymyślałam sporo

Ani się nie zorientowałam, a zdobyliśmy szczyt, a chwilę później skończyliśmy szlak. Znów stałam przy robotach ziemnych, ale tym razem ani nie musiałąm zastanawiać się jak wrócić na kemping. Od razu rodzina Andrew zaoferowała mi miejsce w samochodzie, plus przekąski i wycieczkę krajoznawczą.

Pojechaliśmy do Arrowtown. Małej mieścinki niedaleko Queenstown, która przypomina maly skansen. Centrum Arrowtown pozostało niezmienione od czasów, gdy poszukiwano tam złota. Urokliwe miejsce. Nie ma tam aż tyle do zrobienia, ale warto zachaczyć o Arrowtown, by przejść się między starymi chatkami, napić się kawy. A podobno szczególnie watro przyjechać jesienią, gdy okoliczne wzgórza i miasteczko mieni się kolorami.

Po odwiedzeniu Arrowtown moi nowi, uduchowieni znajomi podwieźli mnie pod namiot, bym mogła doprowadzić się do porządku.

… a potem uderzyliśmy w miasto

Nocne życie Queenstown jest naptrawdę niczego sobie. Jest w czym wybierać, klubów, pubów i innych przybytków rozpusty jest kupa. A jeśli mowa o przybytku rozpusty to należy wspomnieć o jednym miejscu, w którym robią burgery. W Ferburger są ciągle kolejki, przewalają się przez to miejsce tłumy… bo warto wydać 11-20$ i cieszyć się prawdziwym kiwi jedzeniem Czekaliśmy długo, w międzyczasie przelatywała mi myśl, że pewnie są przereklamowane. Ale to było niebo w gębie A po jednym burgerze czułam się jakbym zjadła przynajmniej jedną krowę (a może małą owcę?…).

A po takim jedzeniu nie pozostaje nic innego jak się wytańczyć e szczęście po paru minutach nadjeżdża samochód. Nie znam nikogo aż tak bezdusznego, kto nie podwiózłby desperata na tym odludziu. Młodzi Austriacy przygarniają mnie i brusimy szybko w górę. Jedziemy szybko, bo Austriacy przyjechali tylko na 3 tygodnie do Nowej Zelandii i mają cały harmonogram wypchany atrakcjami i muszą wszystko zobaczyć i boją się, że nie zdążą. Kiwam tylko głową i próbuję ich zrozumieć… nie potrafię, bo mi się nigdzie nie spieszy. Wiem, że nie jestem w stanie zobaczyć wszystkiego, więc wybieram trochę, ale cieszę się tym jak najdłużej mogę… delektuję się. Nowa Zelandia w 3 tygodnie? Trochę śmiesznie jechać na drugi koniec świata, na wakacje życia i ciągle być zestresowanym.

W końcu dostaję się na poczatek szlaku. Początek nie jest wspaniały, bo wokół trwają prace ziemne, pod nowy sezon narciarski. Ale im wyżej tym lepiej. Bo im wyżej tym lepsza panorama na leżące w dole Queenstown, Lake Wakatipu, Alpy (w tym tam hen hen Mt Cook, gdy lekko przymróżyło się oczy i wiedziało się czego szukać 😛 ) i drogę na południe na Fiordland.

Ale nim znalazłam się na szczycie Double Cone czekała mnie duchowa przeprawa. Że co? A no po drodze poznałam Andrew, który był australijskim doktorem teologii. Ale nim przeszedł do opowieści o Bogu wybadał grunt… jak by mnie podejśc, żeby nie było nachalnie: „Cześć jestem Andrew dziś będę cię nawracał” 😛 Było tak: skąd jestem? – z Polski – aaaa! Jan Paweł II… i ruszyła machina 🙂

W życiu bym się nie spodziewała, że w Nowej Zelandii na szlaku ktoś będzie mnie nawracał 😛 Ale nie było to nachalne, czy uporczywe, nikt mnie nie polewa wodą święconą i nie wymachiwał krzyżem. Po prostu sobie pogadaliśmy. A Andrew miał tyle cierpliwości, by odpowiedzieć na każde, nawet najgłupsze, pytanie. A nawymyślałam sporo 🙂

Ani się nie zorientowałam, a zdobyliśmy szczyt, a chwilę później skończyliśmy szlak. Znów stałam przy robotach ziemnych, ale tym razem ani nie musiałąm zastanawiać się jak wrócić na kemping. Od razu rodzina Andrew zaoferowała mi miejsce w samochodzie, plus przekąski i wycieczkę krajoznawczą.

Pojechaliśmy do Arrowtown. Małej mieścinki niedaleko Queenstown, która przypomina maly skansen. Centrum Arrowtown pozostało niezmienione od czasów, gdy poszukiwano tam złota. Urokliwe miejsce. Nie ma tam aż tyle do zrobienia, ale warto zachaczyć o Arrowtown, by przejść się między starymi chatkami, napić się kawy. A podobno szczególnie watro przyjechać jesienią, gdy okoliczne wzgórza i miasteczko mieni się kolorami.

Po odwiedzeniu Arrowtown moi nowi, uduchowieni znajomi podwieźli mnie pod namiot, bym mogła doprowadzić się do porządku.

… a potem uderzyliśmy w miasto 🙂

Nocne życie Queenstown jest naptrawdę niczego sobie. Jest w czym wybierać, klubów, pubów i innych przybytków rozpusty jest kupa. A jeśli mowa o przybytku rozpusty to należy wspomnieć o jednym miejscu, w którym robią burgery. W Ferburger są ciągle kolejki, przewalają się przez to miejsce tłumy… bo warto wydać 11-20$ i cieszyć się prawdziwym kiwi jedzeniem 🙂 Czekaliśmy długo, w międzyczasie przelatywała mi myśl, że pewnie są przereklamowane. Ale to było niebo w gębie 🙂 A po jednym burgerze czułam się jakbym zjadła przynajmniej jedną krowę (a może małą owcę?…).

A po takim jedzeniu nie pozostaje nic innego jak się wytańczyć 🙂